![]() |
To Ci napiszę tu.
Jak już wrzucasz zdjęcia czyjegoś auta to przynajmniej wymaż numery. Całkiem to chujowe z Twojej strony. I pozbądź się kompleksu mazeniaka, bo to co wyżej zrobiłeś, to jego potwierdzenie. Łazisz za mną jak jakaś niedopieszczona pizdeczka. |
Zapiski bałkańskie 18
F-cznie. Rower zasłaniał. Czego ty tu szukasz?:D
https://i.ibb.co/RG1qMPhv/IMG-0738.jpg Tymczasem siedzę sobie na tej ławce w Priljepolje i jeszcze nie wiem, że arbo mi fotek nie udostępni, bom ich nie godzien. Nie wiem rownież, że kilkanaście lat później mu żyłka strzeli na hemoroidzie z ciśnienia. przynajmniej nie napisze, że mu zdjęcia ukradłem. Pamiętasz... https://i.ibb.co/35D3M2Yv/IMG-1022.jpg ...jaką pizdeczką byłeś pod Korabem? Niewyspany ze strachu, bo wieczorem usłyszałeś ryk niedźwiedzia. Dla mnie to był jeleń. Nieważne. Byłeś tak posrany, że aż mi się ciebie szkoda zrobiło. Spalić kubik drewna, by odstraszyć zwierza... cha cha! Zrobiłeś mi wtedy poranek. Znowu zrobiłeś się taki malutki?:) Siedzę dalej. W trakcie mego niewiedzenia podchodzi do mnie pracownik obsługi stacji, obecnie w czasie wolnym. - Dobry rower. Uśmiecham się. - Też mam taką. Chcesz zobaczyć? Po chwili przyjeżdża na pięknej kodze kolarzówce. Rower zadbany w każdym calu. - 20 lat temu zdobywałem na niej mistrzostwo Serbii w jeździe indywidualnej na czas. Fiu fiu, gwiżdżę z niekłamanym zachwytem. Rozmawiamy jeszcze chwilę i dostaję propozycję: - Piwka się napijesz? Prowadzimy rowery na zaplecze stacji. Mój nowy kolega znika, by wrócić z dwoma piwami. Sączymy i rozmawiamy. Sprzedaję mój chwilowy problem. Wracamy już wspólnie do pomieszczenia dróżników. Zasadniczo chodzi o to, by jakoś rozmienić mi te 50Eu. Nie ma gdzie... Chłopaki sprawdzają najpierw jaki jest kurs. Dzwonię z telefonu na korbę (sic!) do centrali w Belgradzie. Ta ustala kurs i podaje. Chwila zastanowienia i... Dróżnicy postanawiają odkupić ode mnie te euro! Ja pierdziu... Wprowadza mnie to w prawie tak dobry nastrój jak arbo pod Korabem. To był mój pierwszy, faktyczny kontakt z Serbami w życiu. Do chwili naszego spotkania mieli bardzo złą (ogólnie) prasę. Ja specjalnego zdania o tej prasie nie miałem. Czytam własną i na jej podstawie wyciągam wnioski. Zatem zbudowany ich postawą żegnam się z moimi Serbami, i z "pomocą" w kieszeni jadę kupić na mieście coś do żarcia oraz poszukać gdzieś nad rzeką miejsca na nocleg. Jest bardzo przyjemnie. Nie za gorąco ale ciepło. W sam raz. W małym sklepiku przy lokalnym targu kupuję owoce. Tak sobie myślę, że dzisiaj to się dowitaminizuję a jutro w ciągu dnia coś zjem, przemieszczając się na północ, dokąd mi w nogach energii starczy. Z tymi owocami ląduję nad brzegiem rzeki. Najpierw kąpiel. Woda bardzo rześka. Wprowadza mnie w jeszcze lepszy nastrój, zdecydowanie lepszy niż arbo z niedźwiedziem. Wykąpany, odświeżony wcinam śliwki, przegryzając winogronami. Ta miejscówka dobra do kąpieli ale do bytowania nie bardzo. Za mało miejsca, za blisko drogi itd. Trza się zbierać i szybko szukać docelowego placu bo słońce już ku zachodowi się chyli. Jak się zebrałem, to znowu pomyślałem, że może jednak piwko do snu było by super. Już nie myśląc więcej, pognałem do tego mojego sklepiku na rowerze. W sklepiku piwo było. A jakże. Biorę dwa ale... znowu tak jakoś mi się myślenie włączyło... Głupio tak te pożegnanie na stacji... To... liczę na szybko: dwóch dróżników, mój kolarz... Po piwie dla każdego, to trzy. Plus jedno na zapas plus dwa dla mnie. Z pełną siatą wracam teraz na dworzec. Najpierw do dróżników. Akurat jeden kończy pracę więc... Pytam o kolarza. Mistrz jest w minutę. Siadamy razem na zapleczu. Mówię chłopakom, że w sumie zostaję i nigdzie mi się nie spieszy już. No i git. Jest super. Piwo znika ekspresowo, zostało jedno akurat dla kolejarza, co tez kończył pracę. Już kończymy ale kolejarz proponuje rewanż. Nawet nie proponuje, tylko informuje o rewanżu, bo tak nie wypada. https://i.ibb.co/Dgb9FyS4/IMG-2116.jpg W sumie, to jest już nas sześciu. Mistrz po mojej prawej. No to ja informuję, że z przyjemnością zrewanżuję się awansem. Okazuje się, że ze stacją od zaplecza sąsiaduje taki ichni (na wtenczas) "selgros". Jakaś lokalna, hurtowa marka. Normalnie piwa nie kupisz ale... kolejarze mają dyskont i to dosłownie. Zrabatowane piwo kosztuje w przeliczeniu... 1 złoty na nasze. No kur... Zatem grzecznie się pytam pani sprzedawczyni na kasie czy ja mogę skrzynkę? - Oczywiście. A co z kastą? - Jak pan zdąży, to odda a jak nie, zostawi kolegom. Przychodzę do chłopaków ze skrzynką. Zdziwienie poważne, jednakowoż z aprobatą. - Widać, że Polak, to nie... Słoweniec. Słoweńców nie lubią. To kutwy, jak arbo. Jest aplauz i pełna akceptacja ale... Nie wypada Serbom nie odpowiedzieć na gawlę. Są honorowi. Do 20-tej mamy dwie gawle za sobą i jedna na zapas do środka. Do środka, to znaczy do kolejowej noclegowni. Nie mam zdjęcia z tejże ale cały, duży stół był zastawiony butelkami a wokoło my. Zapadają ustalenia poważne. - Darek... Z dyżurnym wsio dogadane. Zatrzymamy międzynarodowy jadący do... Suboticy. Ale ja mam rower. - Spokojnie. Musimy tylko trafić na naszego konduktora. O nic się nie martw. Ten o 20-tej chłopaki nie zdążyli objąć kuratelą. Około 22-iej kładę się spać. Pierwsza pobudka o północy. Obsługa czarnogórska. O 3.30 druga. - Darek dawaj! Ledwo żyję. Z rowerem trafiam w ręce serbskiego konduktora. Jestem żegnany z honorami. Przy okazji zyskuje jakaś wycieczka serbskich harcerzy co się przypałętała po nocy. Czuję się (i wyglądam) jak Franek Dolas. Pociąg nabity ludźmi jak nocny Stoczniowiec za komuny w relacji Warszawa - Gdynia. Ledwo się z tym rowerem zapakowałem. Było kilka fajnych epizodów w drodze do Belgradu ale szczegółów już nie pamiętam. W Belgradzie zmieniła się obsada konduktorska dla której nie bylem już Frankiem Dolasem ale za równowartość dwóch euro mogłem już w pustym pociągu kontynuować podróż do Suboticy jak człowiek, w pustym przedziale. Nie powiem, kac mnie do samej Suboticy męczył ale nie ważne... Ważne, że w dwie doby dojechałem na granicę z Węgrami, co jak na kolarza amatora uważam za sukces. |
Zdjęć to Ty mi do tej pory nie udostępniłeś, za to ode mnie masz wszystkie, więc nie ściemniaj. Jak i z całą pozostałą resztą, w tym z tymi 200km dziennie na rowerze, zrobiłeś co najwyżej 50km do Podgoricy, śmiech na sali.
Miałem Cię za kolegę, ale Ty nie potrzebujesz kolegów, tylko adoratorów, a ja nie klękam przed nikim. Jesteś żałosną pipą i nie dziwię się, że na moją propozycję rozejmu zareagowałeś również jak pipa. Bez odbioru. |
Zapiski bałkańskie 18
Możesz sobie pipczyć. Dostałeś propozycję ode mnie. Jest w treści i tego nie wymarzesz. Twoje jęczenia nic tu nie zmienią.
Jesteś zwykłym trolem. A ile km zrobiłem, to wychodzi w relacji:D Na razie do Suboticy zrobiłem razem 100 cha cha! Widać, jak frajer arbo czyta. Teraz dzieciaku WON. https://i.ibb.co/pBkmhyRN/IMG-0711.jpg W 2016 robiłem ten szuter po drugiej stronie już w golfie. Pokazałem Strażnikowi Domowemu kilka ciekawych miejscówek z innej perspektywy. https://i.ibb.co/MyZsrM65/IMG-0483.jpg W dole Skopje. https://i.ibb.co/jkc41t5X/IMG-0975.jpg https://i.ibb.co/YBrdms3H/IMG-0976.jpg https://i.ibb.co/sJ3KfDC3/IMG-1111.jpg |
Zapiski bałkańskie 18
W Suboticy pożegnałem się z kacem i Serbią.
Wiedziałem, że tu wrócę "na moich" warunkach. Wróciłem golfem w 2016 i się nie zawiodłem. Utrwalił mi się obraz gościnnej Serbii. W 2017 wzmocnił. W 2024 nie zdążyłem wyrobić sobie zdania, bo celem była Macedonia i Albania. W 2025-tym byłem już rozczarowany zmianami. Tymczasem mam sporą garść serbskich wariatów w kieszeni i wymieniam je z powrotem na euro. Dotarłem w zapiskach do dokładnego kosztorysu więc skoryguję nieznacznie niektóre wydatki, w tym polskie i ceny zadziwią. Do Suboticy na pedałach natłuczone 100km. Co dalej? No... dalej to już bohatersko. Pojechałem jak przecinak. Po zjedzeniu kebaba w Suboticy. Dopiero po zjedzeniu wymieniłem wariaty. W sumie, to miałem kasy fciul przez chwilę. Po wymianie jakby mniej ale nie było na co narzekać. No więc granicę przekroczyłem i pognałem "na Budapest". gdzieś między Tompą a Kinkushalas wyhamowałem. Bliżej tego drugiego, bo do dzisiaj pamiętam ile natłukłem km dnia następnego. Tymczasem hamuję na podwórku przydrożnego baru. Rozbijam się bez rozbijania namiotu na majdanie zaplecza za zgoda właściciela baru. na Węgrzech czuję się jak ryba w wodzie, bo madziarski to mój drugi, ojczysty język. Nie miałem zatem żadnego problemu by się z panem o cygańskich rysach dogadać. |
Zapiski bałkańskie 17
Matjas, nie czytaj tego, bo popadniesz w depresję.
Węgry... To moja druga ojczyzna. W niemieckim podręczniku do historii "Horizonte"wydawnictwa Westermann, z którego uczą się dzieci (?) w NRD, napaści Niemiec na Polskę i okupacji naszego globusa poświęconych jest dokładnie 11 linijek tekstu. Zdaniem autorów tej historycznej książki obie strony dopuszczały się okrucieństw, a niemieckie społeczeństwo było zastraszone i uwikłane w system. Węgry... To moja druga ojczyzna. Po raz kolejny zaczyna się na mnie nagonka. I to jest poważna sprawa. Z największego podróżniczego forum rowerowego na planecie PL wyleciałem za poglądy polityczne. Ludzie, którzy się tam nie logowali, w sumie nie wiedzieli dlaczego. Ot, po prostu człowiek zniknął. Nie będzie odszczepieniec pluł nam w twarz. I tu kopie pode mną... arbo. To zawodowiec. Nie ci amatorzy jak pseudo django czy Matjas. Obaj chłopcy do rany przyłóż. Akurat nie moich. Przez tego pierwszego chciałem kiedyś kupić rower, zostałem manipulantem. Tego drugiego poznałem kiedyś na mojej imprezie. Ją tą imprezę opiszę po mażenadzie o ile zdążę. Poznacie z tej relacji Matjasa jakiego ja poznałem. To było bodaj 15 lat temu. Na razie nieważne. Tak, poczułem się urażony epitetami jakimi okrasił mnie arbo. Że pizdeczka, że tchórz - ja w sensie. To dziwne... ja tu prezentuję poglądy i swoje stanowisko otwarcie. Nawet z ryja. Przy odrobinie zlej woli łatwo mnie wytropić w internatach. Z imienia i nazwiska. Nawet się linkowalem... A tu tadeusz juda d... (de jak dupa) ukrywa się pod pseudonimem (kolejnym) i dzielny jest tylko w zamkniętych dla ogółu wątkach. Jego jeszcze łatwiej wytropić w sieci z imienia i nazwiska. Skradziono mu w pytę zdjęć podobno. A ja mam kalendarz pana d... jak dupa nawet. czego sie pan tadeusz wstydzi? to jego czcionka. tak sie wyroznial. nawet "polak" pisal z malej litery. Taki styl. Wszyscy z małej bez wyjątku. Ciebie będzie pouczał z "polskiego". Widz, rydz, wic itd. To tadeusz juda de kopie pode mną dołek. Tchórz i złodziej, który kradnie czyjeś pomysły i przedstawia je jako swoje. Węgry... To moja druga ojczyzna. |
Węgry...
To moja druga ojczyzna. To najbardziej zaskakujący lud Europy. Pod względem swego genotypu i fenotypu dzisiejsi Węgrzy mogą uchodzić za wzorcowych mieszkańców Europy Środkowej, niemal nic ich nie wyróżnia od słowiańskich sąsiadów poza językiem, który jest tak niezwykły i odmienny od wszelkich innych znanych języków Europy, jak żaden inny. Język czyni jednak różnicę, wpływa na ogląd świata, na kulturę, tożsamość, mentalność. Oczywiście nie wszystkie języki europejskie wywodzą się od wspólnego dla Europy i Indii prajęzyka, którym mówili kiedyś stepowi pasterze między Wołgą, Donem a Kaukazem. Baskowie też mówią dziś językiem, odmiennym od wszystkich innych, ale geneza baskijskiego jest rodzima, wiemy, że w czasach rzymskiego podboju znaczne części Hiszpanii i Galii mówiły podobnymi językami i że Baskowie to dawna ludność Starej Europy stworzonej przez neolitycznych rolników anatolijskich. Finowie też mówią zupełnie odmiennym językiem, ale zamieszkują północne tereny Europy ciągnące się od środka Półwyspu Skandynawskiego po góry Ural, gdzie różne ludy mówią zbliżonymi do siebie, choć nie identycznymi językami, od Saamów (Lapończyków) na zachodzie po Permiaków na wschodzie. Finowie mają więc wielu bliższych, jak Karelowie, Ingrowie, Wepsowie, Wotowie, Estończycy, i dalszych kuzynów, jak Maryjczycy, Mordwini czy Komi-Permiacy. I Finowie, i Baskowie, mieszkają na swych ziemiach od zawsze, tzn. nie mamy pojęcia, kto mieszkał tam przed nimi. Pewnie jacyś mezolityczni łowcy zbieracze. Węgrzy natomiast wpakowali się w środek Europy w roku 896 do Kotliny Panońskiej, nad Dunaj, w miejsce, gdzie wcześniej żyli: Słowianie, Awarowie, Gepidowie i inni Germanie, Hunowie, Sarmaci, Rzymianie, Celtowie, Dakowie, Panonowie, Sigynnowie, Scytowie i tu kończą nam się nazwy etniczne, ale mamy jeszcze 5 tysiące lat środkowoeuropejskich kultur archeologicznych poczynając od pierwszych neolitycznych rolników, którzy stąd zrobili sobie bazę do powolnej ekspansji we wszystkie Europy strony. Węgrzy pojawili się w Europie, wtedy kiedy pojawiały się w niej także inne koczownicze ludy, tureckie, tylko że Węgrzy nie mówili językiem tureckim. |
Zapiski bałkańskie 17
Wstaję raniutko.
Niestety nie dałem zarobić gospodarzowi, choćby pijąc u niego kawę ale podejrzewam, że mój obraz w żaden sposób nie pozwalał na jakiekolwiek przypuszczenie. Węgry są płaskie jak deska do prasowania, poza małymi wyjątkami. Nie to, co przed traktatem z Trianon. Że nie wspomnę o czasach średniowiecza, kiedy to zamknięci w podkowie Karpat pustoszyli co rusz nowy dla siebie kontynent. Gdzie tych szatanow nie poniosło... Robili długie, zbrojne wycieczki aż po Katalonię. Pojawiali się "paląc, grabiąc, mordując"... Nie było na nich Kmicica. Mroczna Europa, upadła po rzeziach Hunów i miała ich obraz w pamięci. Madziarzy niczym się specjalnie od Hunów nie różnili, poza jeszcze bardziej niezrozumiałym językiem. Na czym zatem polega pech Madziarów...? Tymczasem ja już zmierzam w kierunku Budapestu. Na pierwszej krzyżówce drogowskaz z liczbą km. 150 z jakimś małym hakiem utkwiło mi w głowie. Ogólnie miałem farta i to dużego. Wspierał mnie południowy wiatr, co na otwartej przestrzeni miało dla mnie kluczowe znaczenie. Pierwsze kilkadziesiąt km jechałem w tempie 20/25km/h. Było optymistycznie ale dupa miała inne zdanie. Prawy do lewego, lewy do prawego... bujałem tak tyłkiem ile mogłem, by pośladkowe odciążać. Gdyby nie ból dupy to do Budapestu dojechałbym w... Ale dupa, to dupa. Miała swoją rację. Pan Brooks wyraźnie jej nie służył. Pan inżynier może nie pamiętać ale to na tej samej kodze robił ze mną drugą czieską pedaliadę. W kadr wchodzi mój fahrad manufaktur. Tu koga w pełnej krasie. W tej krasie zmierzałem właśnie ku... |
Zapiski bałkańskie 17
W sumie to cztery litery determinowały wycieczkę tego dnia.
W Dunavoldar przekroczyłem Dunaj. Dzisiaj zrobiłbym inaczej. W Dunatetetlen odbiłbym na darmowy camp nad Dunajem z pełną infrastrukturą, który Strażnik Domowy wyczaiła 5 lat później. napiłby się człowiek węgierskiego piwa z kija i odpoczął jak człowiek. Wykąpał w Dunaju itd. I nie tak dalej tylko bliżej, ja pojechałem na Dunavoldar. W Dunavoldar mogłem sobie kupić węgierski sagan żeliwny przy Templom utca za to. Tak czy owak przystanąłem na chwilę, by się napatrzyć na kociołki jak w Tule na samowary. Patrzyłem i patrzyłem dając odpocząć czterem literom, które przypominały już dobrze zbite, dwa kwaśne jabłka. Trudno. Wieje w plecy, trza jechać i korzystać. Słońce opadało już z zenitu gdy kolejna tablica informacyjna wskazała kilometrów 80 do celu... Gdyby nie ta dupa... Szło na 20-stą gdy dotarłem na to rondo... https://mapy.com/s/kalavozela To nie był Budapest ale było blisko. I na tym rondzie tego dnia, dokładnie w zaznaczonym punkcie, rzuciłem fanty na glebę, rower oparłem o drzewo (najpierw go przenosząc przez barierki), wyjąłem karimatę i padłem jak kawka. Nogi cały czas dawały radę, tylko dupa... Upewniłem się jeszcze proforma, czy mnie widać (i tak mi było wszystko jedno) czy nie z poza tych barierek z potencjalnej perspektywy kierowcy, zwłaszcza radiowozu. Widać nie było, skoro rano mogłem się spokojnie z ronda zwinąć i pojechać dalej. Ale zanim... Kierowcy mieli mnie w dupie ale nie te żyjątka, którym wbiłem tak brutalnie na chatę. Chyba mrówki to były albo inne co. Nie ważne, gryzły mnie przez całą noc... jak nie urok, to mrówki. Tylko dupie było wszystko jedno. |
Zapiski bałkańskie 17
Rankiem dnia kolejnego, bardzo wczesnym - ewakuowałem się ekspresowo.
O 6-tej rano, pogryziony przez mrówki wjeżdżalem już do Budy. Nie tak skocznie ale jakoś kręciłem pośladkami na pokuszenie. Wczorajszego dnia nawinąłem na koła ponad 160km. Leci czwarta doba, muszę więc kręcić dalej. Dzisiaj, to bym zaliczył miejsce urodzenia Viktora Orbana. Od "mojego" ronda dosłownie rzut beretem ale pan Viktor mógł być tego dnia w pracy, kiedy mijałem węgierski parlament przeciwpołożnie. Za Margitsziged zmieniłem brzeg Dunaju na lewy (optycznie na prawy). Przyjąłem prostą strategię. Trzymać się tego brzegu jak najbliżej a przy zakolu odbić na Bańską Bystrzycę. Drugie, póki wiatr mnie wspomagał a noga podawała cisnąć na pedały jak najmocniej. Każde mocniejsze depnięcie, to też ulga dla pośladka pracującej nogi. Tak to sobie biomechanicznie wytłumaczyłem. Szło elegancko do Vamosmikola... Miałem już ponad 120km w nogach, kiedy przede mną wyrosły góry parku narodowego Dunaj/Ipola. W połowie podjazdu wydechłem. Zsiadłem z roweru i położyłem się w krzakach. Pan Brooks z hrabiną Vier de Liter toczył bitwę za bitwą już od dłuższego czasu. te rozwydrzone babsko w końcu wzięło górę. Akurat w połowie podjazdu. - Nie jadę i ... Zaklęła tak prostacko, że aż pan Brooks spadł z siodełka. Ależ pani Hrabino, co za język! - A ... panu w ... Dość tego!! Leżeć! Leżeć i się nie odzywać! Pan Brooks zaległ w przydrożnym rowie, pani hrabina na mnie i tak przeleżeliśmy dobre dwie godziny. Dwie godziny później hrabina dostała propozycję bez wyjścia. Albo siedzisz na panu Brooksie albo siedzisz na panu Brooksie. Koło 18tej zjeżdżam do Sah. Po niemiecku, to Eipelschlag. Schlag trafił hrabinę. Z węgierskiego przechodzę na płynny słowacki. Na stacji stoi pociąg, przy nim konduktor. Kasy na dworcu zamknięte. Główny węzeł kolejowy w tej części Słowacji wygląda jak supeł na małym trzosie... Przedstawiam panu konduktorowi moja wizję. - Panie konduktorze, ja chcę z tym rowerem po prostu do Polski. Dobrze. Pociąg odchodzi za trzy godziny. Wsiądzie pan, pomyślimy wspólnie jak do Polski dojechać. - A mogę wpierw do baru? Ależ oczywiście. Dworzec zamknięty ale bar przy dworcu otwarty, dokładnie do czasu odjazdu pociągu. Kurwa... ja nic więcej nie potrzebuję. Pal sześć, że złoty bażant w euro. https://i.ibb.co/8nNDKTky/IMG-2162.jpg Na pustym (prawie) dworcu senna atmosfera. Ja do odjazdu pociągu ustrzeliłem trzy bażanty. Nawet hrabina złapała lepszy humor, co dopiero ja. Zgodnie z umową wsiadłem do pociągu (pustego) parę minut przed odjazdem i oddałem się do dyspozycji pana konduktora. https://i.ibb.co/DPrJFfvP/IMG-2165.jpg Poprosiłem pana konduktora, by tak zaplanował mi podróż, bym miał jak najmniej przesiadek ale tak by jak najbliżej i najlepiej dostać się do... Bielsko Białej. Padło na Skalite. Sahy - Żylina - Cadca - Skalite. W Skalite miałem wylądować nad ranem. Pasowało. Tego dnia nabiłem blisko 150km. Całe Węgry na kołach. Kończyłem czwartą dobę. Jak dojechałem do Sah, byłem z siebie dumny. Jak wsiadałem do pociągu dumny bardziej. Już prawie bohater... |
Zapiski bałkańskie FINAŁ
I tak z tymi przesiadkami dojechałem do Cadcy.
W Sahach wczorajszego wieczora żegnał mnie bardzo ciepły, bezchmurny wieczór. Skalite przywitało mnie deszczem i kilkoma stopniami. Próbowałem przeczekać trochę pogodę na dworcu ale po dwóch godzinach pora była w końcu ruszyć do Bielsko Białej. Wczesnym popołudniem byłem na miejscu. W gawrze Lupiego. Po tej wycieczce kupiłem sobie pierwszy od 10-tek lat rower. Z przerzutkami itd. nazwałem go Lupi. Lubię nadawać nazwę przedmiotom. Zyskują dzięki temu duszę. Lupiego skradziono mi w trakcie remontu Przystanku Oliwa. Nabiłem nim sporo km. Był marki fahrad manufaktur. w 2024 kupiłem tej marki "salonowca". https://i.ibb.co/sJRDR1ft/IMG-20240111-104004.jpg Sam sobie sprawiłem mały prezent na urodziny. Kosztował tyle, co te czeskie dłuta z książką razem wzięte. 13 stycznia 2024 zrobiłem nim sobie wycieczkę po trójmiejskiej promenadzie. Prezentował się znakomicie. https://i.ibb.co/dsPHgL83/FB-IMG-1705090342181.jpg https://i.ibb.co/4R76Lrfv/FB-IMG-1705090354677.jpg https://i.ibb.co/mFJkcXrG/FB-IMG-1705090361744.jpg https://i.ibb.co/4g213S6k/FB-IMG-1705090372572.jpg Prawdziwy elegant. I na tym opis tej wycieczki zakończę, podobnie jak dalsze pisanie. Co prawda chciałem jeszcze koszty wrzucić jako ciekawostkę, za ile da się, za ile można podróżować ale... Forumowy edytor bardzo mi odpowiada ale ja forum nie. Miał rację Dubel. Nie udał mi się ten powrotny eksperyment. Konto sobie zostawię. Pasuje mi ten nick - El Czariusz... Będę "czarował" gdzie indziej. Wygrałeś Matjas ciesz się własną nicością tutaj do woli. Ten obrazek dedykuję sympatykom. https://i.ibb.co/pBnVns4j/IMG-6597-1.jpg Niech spełniają się Wasze marzenia. I moje... https://i.ibb.co/4gJXMdbX/IMG-6655.jpg ...też. |
Nikt nie powiedział Ci abyś się wynosił :D ale jebniesz focha jak zawsze. No cóż skoro taka wola.
Będę w nicości oczekiwał Twojego ponownego nadejścia. |
|
https://www.youtube.com/watch?v=pt3g...&start_radio=1
Człowieku z liściem na głowie, Twoją opowieść z wymiaru gdy latało się umysłem a nie samolotem czytam, choć czasami wymaga to ode mnie sporego wysiłku komórek, które nadal pozostały. Pisz Pisz, bo inaczej zostaną tutaj jedynie tematy o wyższości okrągłej narzędziówki nad kwadratową i wynurzenia niedorobionych zbawcuf świata mających proste odpowiedzi na skomplikowane pytania. |
Nic
Jednych cukier krzepi, drugim szkodzi.
Czarny kruku, czemu krążysz Nad mą głową, blisko, tuż ? Ty zdobyczy tu nie złowisz,. Czarny kruku, ja nie Twój! Ty zdobyczy tu nie złowisz, Czarny kruku, ja nie Twój! Czemu szpony swe otwierasz Nad mą głową, blisko, tuż ? Na zdobycz Ty pewnie czekasz. Czarny kruku, ja nie Twój! Poleć w me strony rodzinne, Powiedz mateczce mojej, Jej powiedz, donieś, najmilszej, Żem za ojczyznę poległ. Gdzie czeka kochana moja, Zanieś chusteczkę krwawą, Jej powiedz, że jest, że jest już wolna, Ożeniłem się z inną. Gdy była bitwa straszliwa, Ze mną strzała wzięła ślub. Widzę, śmierć moja, moja przybywa. Czarny kruku, jestem Twój. Widzę, śmierć moja, moja przybywa,. Czarny kruku, jestem Twój. Autor nieznany. Przekład Renata Miłosz |
Nic
"...goście z tymi banami, szczególnie jeden, mają od lat podobny schemat - wchodzą po cichu, obwąchują, piszą najpierw przyjaźnie, logicznie, dopasowując się do atmosfery, po czym dość szybko przechodzą do świadomego mącenia wody kontrowersyjnymi postami (zakładam, że dla zwrócenia na siebie uwagi), żeby za chwilę strollować prawie każdy popularny wątek (a to wyśmiewając autora wycieczki że słaba ta wycieczka, a to wpadając w cudzy wątek, żeby opisać na wielu ekranach cudzego wątku SWOJE WŁASNE przemyślenia o całym świecie i ilością tego spamu przytłoczyć temat zaczęty przez autora, a to przechodząc w argumentacji do tekstów typu âchuj ci w dupęâ, itd.) - na końcu koniecznie kasując większość swoich postów przez co całe duże wątki stają się bezsensowne i nieciągłe..."
Jeżeli to do mnie było, to miałem okazję się wytłumaczyć. Trzeba było czytać a nie wpaść do kościoła i przeciągiem zdmuchnąć świece. Nie do końca się widzę jako bohater tego genialnego wpisu ale tu odpowiem. Dobrze wczytałem się w słowa i dalej nie rozumiem, jak można sadzić takie trele, kiedy można spokojnie nie brać udziału w dyskusji w tych ledwie kilku wątkach, które budzą emocje. Stosując się do zaleceń, postanowiłem oczyścić kilka tych wątków ze swoich postów, a już na pewno z wątku ukraińskiego. I bardzo się z tego cieszę, bo mi licznik postów spadł a dla czytelności tych wątków nie miało to znaczenia. Nie było mnie kilka ładnych lat i co widzę? Co czytam? Moja tu nieobecność powoli zabiła... forum. Naprawdę...? Dziesiątki działów, kilka wątków z setek wątków, które rozpierdalają to forum? Bardzo często są to hasła od userów, którzy deklarowali/zarzekali się, że będą takich jak ja ignorować. Znaczy używać funkcji "ignoruj", bo taka jest. Potem narzekają. No więc to jest bardzo dobre narzędzie. Padła nawet propozycja - teraz czytam, że na zlot, tylko na motorach. Super. Właśnie podarowałem fajnego komara koledze a od Szparaga jeszcze nie odebrałem Simsonów. Ja nie przyjadę na zlot. Ale nie dlatego, że nie szanuję userów tego forum. Nie przyjadę, bo ich szanuję. Znaczy szanuje ich komfort, z drugiej strony, by po prostu uniknąć ostracyzmu. Tego na pokaz. Przy okazji - ceniąc własny komfort. Przepraszam Czarny, nie tego oczekiwałeś zapewne ale musiałem takie epitafium dodać. Sam sobie cha cha... Ja "umieram". Sygnalizowałem. Jeszcze trochę przykozaczę. Wstawię zdjęcie makiety czy co tam. Zapuściłem włosy, i strzeliłem sobie farbę na nie. Zgoliłem wąsy, brodę na łyso, nowym dżiletem sensorem czy jakoś tak. Schudłem 16,5kg i wczoraj... mnie kumpel nie poznał. Przyjechał po wiertarkę i pyta się mnie, czy jest Darek? Nie widzieliśmy się od Wszystkich Świętych. Fizyczne zmiany już za mną. Teraz pora na mental i to, co pod blond włosami się obecnie kryje. Acha... inwestycja w ust korale będzie. Nowa ceramika ale to w marcu, jak ostatecznie pozbędę się długów. Znowu będę mógł miażdżyć mięso a nie chrupać robaki, miksować zupki. Do tego wszystkiego garnitur z wełny, jedwabny krawat, buty szyte na miarę jak ten garnitur. Te buty to chodzą już za mną dobre 20 lat, jak wieczne pióro i zegarek. Mam już co prawda zwykłe lanco z wojennej serii. Ale to robotniczy sort był. Tym nie mniej fabryka zatrudniała wtedy (1944) 5000 robotników! Kumacie? W swoim najlepszym czasie Stocznia Komuny Paryskiej blisko 10 000 ale to mega zakład był. A tu zegarki... Na zegarek jeszcze pomysłu nie mam. Na 50-tkę dostałem od Strażnika Domowego w klasycznej kopercie Atlantic. Piękny był, jak zima w te moje 50-te urodziny. Z tej radości poszliśmy z żoną do lasu na... sanki! Wróciłem bez zegarka... Zgubiłem... takie to były krótkie moje urodziny, czas stanął gdzieś w lesie, zakopany w śniegu. Moja Marysia w sobotę kończyła... no właśnie nie wiem ile...? Wychodzi, że już 8 lat. Świętowaliśmy w piątek. Zagrałem z nią w tenisa stołowego. Mówię ze smutkiem: - Po raz ostatni gram z moją siedmioletnią Marysią... Ale mówią mi teraz, że grałem z ośmioletnią. Liczę teraz na palcach i fakt. Jak skończyła 8, to ile ma teraz lat? Potem zostałem wyzwany na pojedynek przez synową. Tydzień temu ograłem juniora. Cała rodzina kibicowała. Wnuki dziadkowi i dziadek wygrał 11:6, 11:6. Dekoncentrowała synową moja nowa blond fryzura zapewne, bo gra dość dobrze jak na słabego amatora. Gdybyśmy tak przez dwa tygodnie młócili po dwie, trzy godziny dziennie, to nie poszło mi by tak łatwo. A tak stłukłem babę i tyle. Plus, że nie głupią. Grałem 30-to letnim baterflajem. Taką deską grał jeszcze Andrzej Grubba zapewne. Zmienić na porządne okładziny i... Wysłałem kumplowi film z serii moich ćwiczeń. Kazał mi się oszczędzać a to tylko przysiady były... Co jeszcze? Polityka. Nie było przecież nic o polityce. Chomik pisał w jednym wątku, że gdyby nie szczepienia w szale kowitowym, to zmarło by nie tyle ile zamarło, a 50 mln ludzi. Teraz mi się już fandzoli... Ile ofiar pochłonęła IIWŚ? No i czy Chomik brał pod uwagę Chiny? Bo Chińczyków to ubyło, że ho ho! Zatem za jednym zamachem zaliczyłem politykę i zdrowie. Nie wypada nie wspomnieć o Igrzyskach Olimpijskich. Po raz pierwszy w historii, z Igrzysk dowiedziałem się, gdzie rozgrywane są Igrzyska. I jeszcze coś ciekawszego! Dowidziałem się tego, nie oglądając Igrzysk! Fajne Igrzyska, to były te letnie w Japonii. Ale nie ostatnie. Te pierwsze, które się odbyły w roku 1964. Jaka tam była super atmosfera w wiosce olimpijskiej. Sportowcy wychodzili na miasto i wszyscy się im kłaniali. Do wioski olimpijskiej też każdy mógł wejść, dostać autograf. Kurde... jak przed laty na tym forum. Sielanka, dopóki nie pojawiłem się ja. Niszczyłem te forum tyle razy. Najbardziej, jak mnie nie było. Ale było przynajmniej na kogo zrzucić. Dla sławy brałem to na klatę i zawsze wracałem. Najpierw po cichu, że niby nie ten człowiek. No i masz. Blondyn, młodszy o 16,5kg w garniturze... Aaa... Krzyż! No... krzyżyk ale złoty. Delikatny, nie na łańcuchu dla psa, tylko takim delikatnym właśnie. Subtelnym. Subtelny - bardziej pasuje. Mały, złoty krzyż na subtelnym, delikatnym łańcuszku. Perły między ustami, ceramika w sensie. Na razie idę w pizdu, jeszcze nie w tych butach szytych ale boso, bez ostróg. Idę ale widzę już swój powrót. W Lublinie, z wymienioną skrzynią, w wełnianym, czarnym gajerze (rzeczony już mam), czarne buty, białe, bawełniane skarpetki, czarny, jedwabny krawat, biały szal z merino i... tak jest. Rajbany i wełniany, porządny czarny kapelusz. Piórem będę rozdawał autografy. Ktoś zapyta o godzinę, spod mankietu białej koszuli wysunę zegarek piękny i czas podam. Coś autor tego ładnego wstępu o chuju i dupie wspominał? Proszę bardzo. https://i.ibb.co/Q4bJP6N/3.jpg Jeden chuj i nawet: i chuj. https://i.ibb.co/j9kSb4Qq/1.jpg Trzy dupy, jedna africatwin i andoria blues. https://i.ibb.co/N2X65dqc/2.jpg I oczywiście Elwood. Skoro cytowany bohatera prądem...? To kij mu w oko, skoro i tak ślepy. |
Nieobiektywny kibic
W drużynie "Dream Teamu" Johana Cruyffa był jedną z najważniejszych figur nie tylko ze względu na umiejętności czysto piłkarskie, lecz przede wszystkim charakter. Christo Stoiczkow miał potężny, precyzyjny strzał i ego wielkości Sagrady Famílii, ale jego największą zaletą było to, że nie pękał przed nikim.
Holender bardzo cenił Bułgara, o czym wspomniał w swojej autobiografii: – Potrzebowałem Christa nie tylko ze względu na jego piłkarskie umiejętności. Miał wojowniczy charakter i był, w dobrym znaczeniu tego słowa, uparty. Potrafił wstrząsnąć drużyną – w której tak naprawdę nie było zbyt wielu silnych osobowości – nie tylko w szatni, ale i na boisku. Połączenie dryblingów i inteligencji Michaela Laudrupa, atomowych uderzeń Ronalda Koemana z zadziornością i skutecznością Stoiczkowa zapewniły Cruyffowi na ławce trenerskiej Blaugrany ogromne sukcesy w latach 90. Wówczas Barça aż cztery sięgnęła po mistrzostwo Hiszpanii i osiągnęła dziejowy sukces na arenie międzynarodowej, zdobywając w 1992 roku w pierwszy w historii Puchar Europy. Barcelona odmieniła życie Stoiczkowa. Uczyniła go piłkarzem klasy światowej, co podkreślali nawet słynni kibice największego rywala Dumy Katalonii, np. Julio Iglesias: – Jesteś najlepszy, chociaż jesteś z Barcelony... W latach 1993-1995 “El Pistolero" stworzył na Camp Nou niezapomniany duet z Romário, geniuszem, który grał w piłkę i żył na własnych zasadach. Bułgar świetnie rozumiał się z Brazylijczykiem na boisku, dzięki czemu ich współpraca zaowocowała lawiną goli dla Barcelony. Po latach Stoiczkow wrócił myślami do okresu, w którym tworzył bramkostrzelny atak Barcelony z "Baixinho" – Zachowywał się super. Niesamowicie przyjacielsko. Zwracał się w szczególności do mnie o porady, a w trakcie gry szukał współpracy i szybko dopasowaliśmy się do siebie jak folia do parówki. Widziałem w tym szansę na zaskoczenie przeciwników, którzy nie dość, że znali mnie osobiście, to zazwyczaj nie przebierali w środkach, żeby tylko mnie zneutralizować. Mieliśmy grać z klasyczną dziewiątką, a nie fałszywą, jak to często bywa. Odkrywało to więcej możliwości zarówno dla mnie, jak i dla Romiego, jak pieszczotliwie zaczęliśmy nazywać Romário. (...) Nieprzypadkowo do dziś wraz z Romário pojawiamy się we wszystkich rankingach najbardziej odlotowych duetów w dziejach futbolu. Poza murawą też świetnie się dogadywali i imprezowali w mieście Gaudiego aż po świt. Latem 1994 roku obydwaj panowie rozegrali znakomity mundial w USA. Romário został mistrzem świata z Canarinhos, a Stoiczkow doprowadził Bułgarię do czwartego miejsca i z sześcioma trafieniami na koncie wespół z Olegiem Salenką został królem strzelców całego turnieju. Mistrzostwo Hiszpanii wywalczone z Barceloną i wyborna forma strzelecka na MŚ sprawiły, że w grudniu 1994 roku Stoiczkow otrzymał Złotą Piłkę, nagrodę od „France Football”, o której marzył od dawna: – Nigdy w swojej karierze nie przedkładałem indywidualnych potrzeb nad dobro drużyny. Nigdy! Złota Piłka jest jednak czymś szczególnym, nieporównywalnym z innymi osiągnięciami. Marzenia o niej zamieszkały w mojej duszy na długo przed rozpoczęciem kariery sportowej, zanim jeszcze spojrzałem życiu w oczy. Dla mnie, dzieciaka ze Wschodu, łobuza z wytartymi tenisówkami, rozciągniętą koszulką i zdartymi kolanami, była jak największa z gwiazd na nocnym niebie. Tak, każdy jeden brzdąc marzy – jeden chce być strażakiem, drugi lekarzem, trzeci policjantem, czwarty kosmonautą… A ja pragnąłem być wielkim piłkarzem i zdobyć Złotą Piłkę! Wyobrażałem sobie, jak pewnego pięknego dnia przytulę swoich sławnych idoli. Tylko że zrobię to jedną ręką, bo drugą będę przytulał Złotą Piłkę. Marzenia, marzenia… Teraz stwierdzam, że były bardzo śmiałe i szalone, nawet jak na marzenia! Jakaś fantasmagoria, zważywszy, że w tym momencie Bułgaria ma już dwóch kosmonautów, ale tylko jednego posiadacza Złotej Piłki. (…) Istniał jeszcze jeden plus mojego triumfu – utworzyłem historyczną „złotą czwórkę”. Do tamtego momentu tylko trzech piłkarzy zdobyło dwa najważniejsze indywidualne trofea: Złota Piłka dla gracza numer 1 w Europie i Złoty But dla najlepszego strzelca na kontynencie. Sławny Eusébio, znakomici Gerd Müller i Marco van Basten oraz… waszmość Stoiczkow. Po wspaniałych momentach pojawiły się problemy. Stoiczkow zaczął drzeć koty z Cruyffem w sezonie 1994/1995, i nie chodziło fakt, iż Holender nie potrafił nauczyć go ćwiczenia na skakance, tylko o starcie dwóch samców alfa. Ich konflikt osiągnął apogeum przed meczem Ligi Mistrzów przeciwko PSG w Paryżu, gdy Bułgar w rozmowie z dziennikarzami powiedział: – Barcelona musi wybrać: albo ja, albo Cruyff! Topora wojennego nie udało im się zakopać i Stoiczkow musiał opuścić Barcelonę, a Cruyff już nie był w stanie odbudować swojej "Drużyny Marzeń". Bułgar w lipcu 1995 roku trafił do Parmy napędzanej pieniędzmi sponsora, czyli Parmalatu. Dołączył do plejady gwiazd, bowiem na Stadio Ennio Tardini występowali wówczas m.in. Fabio Cannavaro, Gianfranco Zola, Dino Baggio, Fernando Couto, Antonio Benarrivo, Tomas Brolin, a także młodzi i zdolni Gigi Buffon oraz Filippo Inzaghi. Mimo to Christo nie potrafił się zgrać z niektórymi piłkarzami Gialloblu. Nie pomogły mu także wysokie zarobki. Stoiczkow zarabiał wtedy więcej niż uwielbiany na Półwyspie Apenińskim Gianfranco Zola, któremu nie odpowiadało, że obcokrajowiec w Serie A ma wyższą pensję od niego. Po rocznym epizodzie we Włoszech Stoiczkow wrócił do Katalonii, za którą tęsknił: – Okropnie brakowało mi Barcelony. Parma to małe i wyjątkowe miasto, o długiej historii i romantycznym klimacie, ale… nie okazało się miejscem dla mnie. Każdy powrót do Katalonii dostarczał mi silnych emocji, które nie opuszczały mnie jeszcze długo po powrocie na włoską ziemię. A tam nieustannie szukałem powodu do wskoczenia do samolotu lecącego na lotnisko El Prat. Po pewnym rozdaniu nagród w Barcelonie, na którym byłem razem z Cruyffem, zaprosiłem go na kolację. Oznajmiłem mu wtedy, że chcę wrócić. Bez żadnego wahania Mister odpowiedział „okej” i w jego obecności zadzwoniłem do prezydenta Josepa Núñeza, żeby zorganizować operację „Chłopiec powraca”. Moim zdaniem Cruyff w końcu zrozumiał, że modelowanie nowego "Dream Teamu” to nie tylko pomysły, metodyka czy treningi. Potrzeba również właściwych zawodników – jak ci z oryginalnego zespołu – i dodatkowo odpowiedniego czasu, sprzyjającej atmosfery oraz, naturalnie, szczęścia. Życie to pokazało. Ponadto wydarzyło się coś, co uważałem za rzecz nie do pomyślenia. Cruyff odszedł z klubu! I to dokładnie wtedy, kiedy wróciłem. Minęliśmy się w drzwiach. Tak, nasze plany to rozrywka dla Pana Boga. Nowy odcinek z prztyczkiem w nos ze strony nieba. Drugi pobyt bułgarskiego snajpera w Katalonii nie był już tak owocny, jak poprzedni ze wglądu na eksplozję talentu nowego napastnika w zespole Bobby’ego Robsona, Ronaldo Luísa Nazário de Limę, który rozegrał sezon życia w Barcelonie. Zimą 1998 roku Stoiczkow przestał być "Sztyletem" Barçy i wrócił do klubu, który był dla niego trampoliną do wielkiej kariery – CSKA Sofia. Później spróbował swoich sił jeszcze w Japonii i Stanach Zjednoczonych. Buty na kołku zawiesił w grudniu 2003 roku. Christo, który otrzymał imię po swoim dziadku, zapracował sobie na bilet do sławy. Pokonał wszelkie przeciwności losu. Wychowany w państwie socjalistycznym Stoiczkow głęboko wierzył, że futbol da mu dobre życie i miejsce w historii sportu. Niezłomna postawa została mu wynagrodzona. Został najlepszym piłkarzem w historii Bułgarii i zasłużył na miejsce wśród innych wielkich gwiazd futbolu, takich jak Romário. Dziś 60. urodziny obchodzi Christo Stoiczkow, który mógłby obdzielić swoim temperamentem kilka współczesnych drużyn. Wszystkiego najlepszego, legendo. Przytoczone wypowiedzi pochodzą z książek: ”Christo Stoiczkow. Autobiografia” i "Johan Cruyff. Autobiografia”. |
Dzięki El za przytoczenie tej historii!
|
Raj utracony 10
Wracam do odliczania.
Dowcipem (dla mnie) roku: Tu jest Polska (w tym miejscu flaga globusa pl)! To nie folwark! Narodowa duma! (tu emotikon bicepsu) Autorem dowcipu jest europoseł Krzysztof Śmiszek. Więcej syropu glukozowo-fruktuzowego tu: No, to lewicę mam już z głowy. I nie, nie, nie... To nie polityka, to kabaret. Prawdziwa polityka robi się/dzieje gdzie indziej. A pan, panie Prabucki, będziesz wisiał. Jak ten odważnik w zegarze ściennym, co to go muszę zamontować. Zegar już wisi. Dostaliśmy go od naszego Juniorstwa w prezencie. Chyba z okazji zakończenia remontu mieszkania. Remont wydawał mi się długi. Na pewno się dłużył. Niestety przebił mnie Pan Inżynier. Ostatnio tak go obgadywałem, że aż na chwilę zawiesił pypcia na klawiaturze. Już się o niego martwiłem ale alarm okazał się kulawy w płocie. Przez trzy dni siedział w knajpie i pił piwo. Pił piwo, by mi potem wmawiać, że odstawił mocny alkohol. I, że nie ma pracy. Nie, nie, nie... O prawidłowo fizyczne rozchodzi się prawidło. Wiecie, wzór fizyczny: praca to... itd. I oni (pijący z Panem Inżynierem) stwierdzili, że praca w gówno się obraca. Kurde molek... Od razu przypomniała mi się domowa definicja korby. Kto o niej nie słyszał niech zatem, własnemi słowami tę definicje poda. Znaczy niech ten ktosiek stanie sobie przed lustrem i niech podaje definicję sobie przed sobą, bacznie siebie w lustrze obserwując. Dlatego przed lustrem trzeba stanąć. A teraz przyjrzyjmy się temu perkusiście: Tak moi drodzy i tani... To ja. Elwincyj. Że niby nie blond? Ja się tam na kolorach nie znam. Może być szatyn ale chyba nie brunet. Brunet, to mi się zaraz z granatową koszulą kojarzy i z NSDAP. O co się rozchodzi z tym: że to ja? To piękna historia i tę piękną historię dedykuję Czarnemu. Z ta historią było tak... P.S. Czarny kojarzy mi się z czarnym jak smoła murzynem. Tym z elementarza Falskiego. Wszystkie dzieci, uczące się z tego elementarza miały kota na punkcie murzyna. Murzyna, zwanego w elementarzu murzynkiem (dla późniejszej niepoznaki). Tu Czarny ukrywa się jeszcze pod skrótem EZG ale każden, kto czytał/uczył się ze wspomnianego elementarza wie, że to nie żaden Zgierz, tylko (w wolnym tłumaczeniu) Bambo. Nie znalem dziecka, czytającego ten elementarz, które by Bambo źle kojarzyło. W sensie murzynka. Mało tego... Każden takim murzynkiem chciał być a jak nie być, to koziołkiem przynajmniej Matołkiem. Coś w tym świecie popierdoliło się, że Bambo został kozłem ofiarnym. Za pewne dlatego, że urósł. Jak urósł, to wydano go za Helenę. Też czarną jak smoła ale już w dobrej wierze. W dobrej wierze Netflixa. Niekoniecznie już Greków ale co tam... Przecież cywilizacja urodziła się w Afryce. Stąd Szwedzi (to znaczy taki jeden ich profesor czy inny ktosiek) dość kontrowersyjnie przyznał, że Szwedzi pochodzą z Afryki jednak. Zmutowali się do albinosów ze względu na biały śnieg i brak słońca. I tu... zabił ćwieka oponentom. No bo jakby na to nie patrzeć...? Ja spojrzę jeszcze dalej. To znaczy zawsze starałem patrzeć dalej, jak ten mały człowieczek z góry Markowcowej w Rumi. Wszyscy pochodzimy od małpy i gdybyśmy nie jedli tego zasranego mięsa, bylibyśmy dzisiaj szczęśliwą planetą małp. Ale nie... musieli iść za tym lodowcem, co się cofał. Jeden taki szedł za szybko, wyprzedził epokę i znaleźli go zamarzniętego na kość w Austrii. W sumie, ten proces trwa dalej. Dzisiaj ci zamarznięci, stanowią drogowskaz dla innych śmiałków. Widać to w kolejce na Mount Everest, którego nikt już nie nazywa Czomolugmą. Czy ta wybielona w Szwecji rasa jest górą? W sensie - nie Czomolugmą, lepszą? Ja, jako farbowany blond nie wiem ale sukcesywnie staje się gorszą, napiętnowaną. Helena Trojańska w kolorze czarnym jak smoła, za chwilę stanie się koniem. Tak czarno to widzę. Cieszmy się zatem na forumie, że mamy Czarnego. Wystarczy zapoznać jego historię, którą streścił w swoim podpisie. Zostawię to już bez (dalszego) komentarza. Tylko zaakcentuję. Pojawia się w niej (historii w podpisie) m.in. czarny Jaszczomp i cztery Afryki oraz jej pół. I niech nie przejdzie bez echa jego uwaga... "...bo ja fruwam Żatkim Bolkiem na promie kosmicznym". Zatem wracając do nr 10. Perkusista. Cdn. |
Raj utracony OSIEM!!
Wstęp.
Parę dni temu dzwoni do mnie jeden z administratorów. Nie, nie, nie... Nie z tego foruma. Z większego foruma. Znacznie większego - podróżniczego. Tu przecież postacie motocyklowe przestały pisać z mojego powodu. Otóż ten administrator pyta się mnie o Brauna. Jak mnie wyrzucał z forum przez Brauna, to się o mnie nie pytał. - Co sądzisz o Braunie? Zastanawiam się, w jaki sposób nad tym ubolewać. Naprawdę się zastanawiam. Nie, że tam od razu martwię, ale to spora odpowiedzialność, która próbuje mi się jakoś wcisnąć na barki - wracając do postaci motocyklowych. Nawet jeden taki, dodał mi kilka centymetrów do mojego siurka. To znaczy, że niby ja dodaję sobie ale to odbyło się jego ustami, że na papier/klawiaturę w sensie. Wiecie... tak zgrabnie, włożył sobie mojego siurka w usta i go podrzucił. Rozumiem - wypluł. Może nawet splunął a dodał przecież, że nie wyrzuca mnie z foruma. Prześledźmy zatem proces jaki zainicjował ów adwersarz cichy mój. Nie wyrzucił, bo wypluł? Tak może być! Ma wspólnika. Ten mi zarzucił brak jaj... Ja połączyłem te kropki. Do czego służą facetowi jaja? Do produkcji nasienia. Ze smutkiem stwierdzam, że właśnie padła mi jedna z trzech ostatnich czereśni. Dokładnie dzisiaj... Przy okazji tylko o tym. W pewnych okolicznościach... ...nasienie wędruje z jajek do siurka. Tu jest wiele antykoncepcji, co można z tym nasieniem zrobić. Np. sprzedać nasienie w skupie nasienia. Nieźle płacą więc kolejka jest długa. Nagle na końcu staje kobieta... Zdziwieni faceci dopytują: - Pani też do skupu nasienia? Yhym. Ale na końcu może być też "taki" facet. No i tutaj historia z moim za dużym siurkiem znajduje swoje ujście. W takim wypadku jednak, trudno znaleźć świadków, trudniej odeprzeć... Sam fakt wywołuje grymas na ustach. Ale co zrobić, kiedy ktoś ci zarzuci brak jaj? Jeden ruch... https://i.ibb.co/jk3bV1Pd/IMG-20260210-082125.jpg ...i szach mat. Wytrzymajcie ze mną jeszcze te 10 dni. Przepraszam OSIEM!! Już poprawiłem w nagłówkowej stopce. Naturalnie, że osiem! W końcu było 8* i jakoś wszyscy to znieśli. Będzie i tak też tutaj. Zasymulowałem się: https://i.ibb.co/BK73zzRp/IMG-20260210-084128.jpg To jest poważna sprawa. Należy koniecznie przyjąć... https://i.ibb.co/rGdDpJcg/IMG-20260207-102324.jpg ...kompot (imbirowy) i kreskę (monohydratu). A następnie zrobić na sobie samogwalt. W sensie na komórkach mięśniowych. Koniecznie oporowo. Dlaczego...? Strażnik Domowy przed podjęciem dzisiaj pracy (W = F x s) rzuciła we mnie (niczym nie pluła!): - Tylko na litość... przed wyjazdem do szkoły się wykąp! Samogwałt musi być konkretny. Taki, by się spocić. Bez potu, to ja się nie kąpię, co najwyżej umyję. Jest jeszcze jeden fajny sposób na mycie. Spowiedź. Właśnie jej tutaj doznajecie. taka nowoczesna, bez konfesjonału. Wchodzisz i się spowiadasz. Każden widzi a nie tylko ksiądz, jaki i kim jesteś. Wiem, że mogą być ofiary tej spowiedzi. Np. na zlocie w Białej (a dlaczego nie Czarnej - rasiści?) pojawi się nagle przypadkowy, nowy user fat - biały, atrakcyjny, szczupły blondyn... Atrakcyjny... Klata jak u pirata, uwodzące (kobiety) spojrzenie. No i bęc!! - Elwood, ty chuju! |
Nic
Podkręciłem korbą przed lustrem i jestem w małym szoku. Ciało zaczyna przybierać. Jak tak dalej pójdzie znowu dorównam muskulaturą Frankowi Zane albo Stefkowi Revers. To podziwiały zawsze we mnie kobiety. Smukłość ale wyrazistość i harmonię kształtu mej mady mięśniowej. Wąskie biodra, talia szerszenia, nad wyraz szerokie barki... Trochę słabsze uda, za to piękne łydki. No i ten mostkowo-obojczykowo-sutkowy... A nawet dwa w pełnej harmonii z piersiowymi wielkimi. Do tego ten brak tłuszczu! Piękny kaloryfer, którego zawsze zazdrościli mi koledzy. Stąd też dużo we mnie ciepła. Jestem po kursie (intensywnym) dykcji i efekty są zdumiewające. To tembr głosu decyduje, że ludzie chcą ciebie słuchać lub nie. Banalna sztuczka ale zdumiewające efekty. Okupione jednak pracą F x s. S, to droga. Jeżeli chcesz osiągnąć odpowiedni efekt, musisz się nachodzić na początku, by ktoś ciebie wysłuchał. Potem już tylko kocyk, piasek bali i takie tam trele do ucha zakochanych w twoim tembrze po uszy plejady pięknych kobiet i mężczyzn. I zaprawdę nieważna pogoda. Czy to deszcz czy słota, zmierza juz ku mnie fanów szara piechota. Przede mną druga seria, potem trzecia, czwarta i tak jeszcze 8 dni. Potem cisza... Ale pamiętajcie... Szare szeregi Piechoty i Testament mój... Jak ten oświaty kaganek. |
Nic
Chwilowa przerwa.
Kaloryfer parzy. Temp. 15,5 st. nad memłonem. Wzbudzi to ocean pary pod prysznicem. W instalacji woda około 7st. Ale to jeszcze nie koniec ćwiczeń. Widok muskulatury mej dla mych oczu, to jak testosteron dla mózgu mego. Tak na gorąco szybko zapodam coś z historii kina. Będzie o scenie, która tym kinem wstrząsnęła. Zwłaszcza moim. Wyobraźcie sobie mnie na koniu. W takiej szacie... https://i.ibb.co/Sw32QK7P/FB-IMG-1768323117215.jpg ...czołowej. Już prezentowanej ale pokaz w nauce wf to clou (klucz z polska) do... ...El Komendante na koniu. Widzicie to oczętami wyobraźni? Nie? To pomagam. Tu się dzieją rzeczy niewiarygodne. Niewiarygodne dla laika, czy też mamy dziecka, które: - Mamo, Indianie! Tak tak synku... Czy jakoś tak. Nieważne. Puśćcie sobie jako podkład jeszcze raz Elwincyj Jamesa w drumm kowerze. I Jeszcze raz, i jeszcze, jeszcze... Tego można słuchać w nieskończoność. Energia tego kawałka niesie się już w kosmosie od dziesiątek lat i starzeje tylko z naszej perspektywy. Podobnie strzępki mojej duszy. Znajdziesz je bliżej... Np. wpadasz w oset po przekwitnięciu i te kulki z kolcami wbijąją ci się w twoje drogie fchuj merino, że już kurwa tylko se w łeb strzelić... A to strzępki duszy mej, które o każdej dobie... |
Cytat:
|
A ja się cieszę, że Tobie Twój (choć odrobinkę "mój") nick się podoba.
Trzym się dobrze... |
Nicość 6
I ja się cieszę z Tobą magneto.
Zawsze będziesz mi się kojarzył z dużym Magneto:) Widzę, że jesteś z Allenstein a to mi po drodze. Po drodze nawet bardziej, bo Łynę będę robił po swojemu, bo w jej okolicy mam (po drodze) kilka wyniosłości do zaliczenia. A duży Magneto wcale nie z Pancernymi, tylko z jego ślubem. Piękna historia. Jak nie zapomnę, to przypomnę ją, kiedy "nicość" dojdzie do zera. Wtedy będzie pasować jak ten świat Bronco i braci Blues do mnie. Właśnie dochodzę powoli kim jestem. Dla jednym Kim dlatego im kilim. Dla mnie w dupie byli i gówno widzieli. Nie, nie, nie... Nie ma w tym nic obraźliwego. Ja też bywałem w dupie, też zwracałem uwagę na gówno. Jak każdy, który w dupie bywał/jest czy będzie. Nikomu nie życzę chyba, że mi zajdzie za skórę. Wtedy musisz się ratować, nawet jeżeli znaczyć to ma, że mu z tej dupy zrobię jesień średniowiecza. Pocieszę. Na tym forum takich nie ma. Tu, na forumie, z którymi toczę sobie boje mniejsze lub większe, to są ci nieszkodliwi. Byli/są w dupie - gówno widzieli/widzą. To im sprzedaję od czasu do czasu pieszczotliwe - chuj wam w dupę lub znacznie bardziej wulgarne - kij ci w oko. Uwierzcie mi... Łatwiej chuja w dupie znieść niźli kij w oku. Ten z kijem w oku, musi uruchomić w dupie zmysł węchu dodatkowo. To już jest poważna operacja zaczepna. Zatem to jest duży plus. Nikt z was mi za skórę nie wlazł i niech lepiej tego nie robi. No chyba, że che wrócić do Średniowiecza przez duże Ś. I to nie będzie zabawa Szparaga z milicją na lodowisku w Murmańsku, które to zamieszanie mogliście oglądać na miejskiej kamerze w samo południe. Dokładnie to od godz. 12.04 Fchuj ludzi z tego forum (ale) w lutym 2012 o 12.04 widziała to zamieszanie. Kłębowisko łyżwiarzy z awanturą na 5 fajerek. Kto ma prawdziwy trzon kuchenny, ten wie dlaczego 5 a nie trzy, czy cztery. Relecjonowałem to zdarzenie online. Ci, co to oglądali i przeżywali skorzystali z mojej łaski. Otworzyłem im przestrzeń. Przestrzeń niedostępną nawet dla uczestników tej wspanialej wyrypy. Bo kiedy wszyscy emocjonowali się faktem i widzieli już pojmanego Szparaga przez radziecka milicję, to mimo, że mało kto Szparaga lubił, większość mu nie złorzeczyła. A Szparag mi częściowo za skórę próbował się dostać. Ale to później. Sprawa jest do banalnego wyjaśnienia i w tym sezonie tę sprawę wyjaśnię. Wracając na lodowisko i nowej przestrzeni. To, co widzieli uczestnicy relacji w oku murmańskiej kamery, to była czarna dupa. To był dramat, z którego udało mi się znaleźć wyjście. Tego nie wymyślił by żaden Tarantino. Przejęte chłopaki nie mieli czasu tego rozkminiać, bo ich przestrzeń była zajęta naprawą czegoś, co się zjebało zaraz po wyjeździe z bazy Pastora. Zdaje się Brytolowi. Oni jednak do tego Murmańska dojechali. Co prawda bodaj 10 dni później, licząc od momentu, w którym uruchomiłem oko kamery ale kij w oko faszystom. Takie to były piękne czasy kiedyś na tym forum. Nicość 6 to nie błąd. Znowu się pomyliłem ale to dla niektórych dupników lepiej. Start chłopaków miał miejsce "tydzień później" ale mnie już tu nie będzie. Po tym krótkim (jak na mnie) wstępie, opowiem wam historię prawdziwą... |
Nicość 6
Edycja.
Pasuje jak ulał. Jeszcze się odniosę do jednego dupnika (a nawet dwóch/trzech/czterech... n dupników a nawet n+1). Jeden z nich (już cytowany przeze mnie) - upadły na ryj moderator napisał, że ja piszę po to, by zaistnieć czy coś w tym stylu. Muszę bo się uduszę. I tu się z upadłym zgadzam. Dokładnie po to. Oczywiście mógłbym każdy post w ładnym pergaminie wciskać do butelki i topić w Zatoce. W linii prostej mam do Zatoki 3km. To nawet fajny pomysł ale... tu przeszkadzały by mu butelki. Mógłbym je pakować do skrzynek i chłodzić ale gdzie frajda? Tak pływają sobie te posty w butelkach nie po kolei przecież. Piszę, by zaistnieć bo mam enpede. Czyli we współczesnej nomenklaturze jestem jakby chory. Powinienem być leczony. Nie wnikłem jeszcze w siebie na tyle głęboko, by stwierdzić jakie leczenie mi pomoże ale jest tu specjalista od leczenia. On mnie oczywista nie czyta. Spada nagle, jak kuropatwa, składa jajo i znika. Akcentuje, że ma. Szanuję jak chuj. W nocy pięknie padał śnieg. Cudowna biała pierzyna. Zatem wziąłem się za odsnieżanie. Odsnieżam za siebie i dwoje sąsiadow, którzy dostali udaru z powodu chujstwa, które wyrządził nam ten zły księciulo z cruellą de Mon. Zostałem sam na placu boju ale tego tematu już nie będę rozwijał. Księciulo z cruellą zaleźli mi za skórę. W nocy się przez nich drapię w lewe ramie przy łokciu. W okolicach przyczepu mięśnia trójgłowego ramienia i naramiennego. Tu nie ma: chuj w dupę czy kij ci w oko. Tu jest wojna. Zatem odśnieżam. Sąsiad z udarem odśnieża akurat samochód i przeprasza mnie, że nie może pomóc. - Po chuj odśnieżasz auto? Rzucam pieszczotliwie. Przy okazji to robię na koniec (kiedy jest potrzeba) na swoim PaSkudzie i udarowców. Tak po prostu, bezwiednie z automatu. Ale nie o tym. O pani, która odśnieża sąsiednią, poważną posesję czteropiętrowego, kilku klatkowego bloku. Fajna babka... można oko zawiesić, opierając się o łopatę. Można powiedzieć, że się już znamy. Dzisiaj po raz kolejny razem na posterunku. Niby nic, a jakoś tak przyjemniej. Żartuję: - Fajna gimnastyka z rana. Mi to sprawia autentyczną przyjemność. Odpowiada. Człowiek się porusza, energia pozytywna w człowieka wchodzi. I się uśmiecha. No k... jego itd. Jakie wspaniale podejście do życia. Prawie jak moje. Tej mej nicości jeszcze tylko 6 dni! Cudownie mi się dzisiaj odśnieżało w takim duecie. W ogóle jakoś cudownie dzisiaj jest. Wraz z tym pięknie sypiącym śniegiem przypomniało mi się... Uwaga. Przypomniało mi się, co wydarzy się za pół roku, a miało miejsce 20 lat temu. Otóż... zapnijcie pasy. Zabiorę was na.. ślizgawkę. Historyczną. Wczoraj przechodziliśmy z Marysia koło takiej. - Zjeżdżałaś na niej?! Tak! Podchodziłam pod nią. Chwila palenia zwojów dziadkowych... Nie dopytywałem dlaczego. Mówią o takich apsztyfikantach, że mówi się, że wolą pchać sznurek niż ciągnąć. Wieczorem (wczoraj) dodarła do mnie opowieść kryminalna. Autorstwa Marysi. Ale się musiałem nagimnastykować by poprawnie odczytać. Wszystko na końcu podsumowała rysunkiem. COŚ PIĘKNEGO. Miałem czytać Festung Brezlau... Nie przeczytałem jeszcze żadnej modnej, polskiej kryminalnej powieści. Podobno to dobra szkoła - ta polska powieść kryminalna. Nie. Nie będę czytał. Będę "namawiał/zachęcał" Marysię dalszego pisania. Tymczasem ja chcę zdążyć ze ślizgawką. To historia o trzech towarzyszach, którzy prawdopodobnie nigdy by się nie poznali, gdyby nie wełniany sweter. Nie jakieś tam merino... Stara, dobra wełna z owcy. Jak ona cipie...?! Pedały od merino nie mają zielonego pojęcia. Nie jestem wrogiem merino. Absolutnie. To wełna dla pedałów. Sam mam chyba tego z 10 sztuk, w tym dwie pary kalesonów nawet. Nawet te z papieru emkowego. Super na lato. Używam jednakowoż tylko do wyryp. Pisałem o swetrze na pewno ale przypomnę. Bo zanim za pół roku wydarzy się to, co wydarzyło 20 lat temu "wydarzył" się sweter. Sweter na drutach zrobiła mi mama. Wydarzyło się to pół wieku temu. W rok po zrobieniu swetra wydarzyły się MŚ 1974 w piłce nożnej. W 1974-tym kupiłem sobie sam Ukrainę ale o niej pisałem i nie będę więcej pisał. tej zimy, roku dla mnie pamiętnego pojechałem w tym swetrze na Podlasie. Do babci. Z tekturową walizką. Miałem wtedy 10 lat i miałem już za sobą jeden wyjazd solo do babci ale latem. Miałem wtedy 8 lat i tez o tym wspominałem, więc nie będę już o tym pisał. Byłem tej/tamtej zimy dwa lata starszy. Tym bardziej się nikt o mnie nie martwił czy ja się przypadkiem nie zgubię po drodze. Po drodze z Gdyni do Zabłocia. Kolej dochodziła do Nurca. Dokładniej do Nurzec Stacja. Ponieważ byłem już "dorosły" mama w liście napisała babci, żeby ta się nie martwiła i jak nie da rady, to nie wysyłała wujka Żeńka z furą po mnie. Darek juz dorosły. Te 5km zimą z buta opyli bez mrugnięcia okiem sam. To pamiętam. Ten brak troski. To nie znaczy, że się o mnie nie troszczono. To po prostu było naturalne spostrzeżenie. Skoro przecież potrafiłem biegać po podwórku za piłką przez cały Boży Dzień, to co to jest 5km z buta z tekturową walizką? ja co prawda bardzo chciałem, żeby po mnie wujek Żeniek wyjechał furą, bo ja po prostu przepadałem jeździć furą. Gdybym miał wtedy wybierać: gra w piłkę czy jazda furą, zdecydowanie wybrałbym oglądanie końskiego zadka. Nie z lenistwa. To była największa podróżnicza frajda. To znaczy oczywista poza siedzeniem w autobusie dalekobieżnym na miejscu konduktora. Tego ostatniego nic nie było wstanie przebić. Najlepsze jest to, że nie pamiętam już czy Żeniek po mnie wyjechał, czy maszerowałem z buta a może babcia po mnie wyszła...? Tego już nie pamiętam. Pamiętam jednak doskonale, jak mnie ten kurwa sweter cipiał! P.S. Starzy jeszcze może kojarzą jak pachniał listowy papier... https://i.ibb.co/bjJyngfY/FB-IMG-1636037548211.jpg Droga Mamo, za m-c w ferie Darek przyjedzie do Ciebie. Spodziewaj się go w niedzielę. Będzie jechał tym sobotnim przez Białystok z przesiadką w Czeremsze. Włożę mu w walizkę najpotrzebniejsze rzeczy. Pidżamy nie, bo wiem, że u Ciebie jest. Całuję serdecznie Ada P.S. Co u Ciebie? U nas wszystko w porządku. |
Cytat:
Każdy ma prawo żyć tak jak chce! |
Cytat:
Wystarczy, że chujowo papier do wycierania tyłka złożysz i pojawia się akcent, który może cie w wycieczce do głębi pokonać. Ty jesteś detalista, ja mam wyobraźnię:D Nikt nie jest już wstanie mnie urazić. Jestem na misji. Ale dalej się zastanawiam po co Ty, czy Węgrzyn tu zaglądacie? |
Obaj Panowie u płota:D
|
A dlaczego bym mial nie zagladac ?
|
Cytat:
Pytałem: po co? Bardziej mnie interesuje Twoja odpowiedź. Do zimioka retorycznie. On lubi szukać dziury w dupie, aczkolwiek zawsze jednak można dopytać. Kto pyta, nie zbłądzi w dupie zimioka. Moja stoi dla niego otworem. |
Lubie Twoje wpisy, czasem nakierowuja mnie na jakies ciekawe tematy, ktorych bym pewnie nigdy nie ruszyl.
|
Cytat:
A zaglądam bo poziom odklejenia tak wielki, że w całości rekompensuje mi blokadę od Warzechy (a później rezygnację z x'a). Wiesz, takie łąpu capu przy kawie. |
Ja zaglądnąłem tylko na chwilę ze swojej nicości sprawdzić czy wróciłeś.
Sprawdziłem. Długo nie trzeba było czekać :D nie, żebym czekał. |
Cytat:
Cudownie być odklejonym. Nawet z chujem w dupie. Wierz mi. Rozumiem, że odnosisz się do polityki. To by mi ulżyło. Tu (polityka) bardziej jestem przyklejony. Bo jak byś się czepiał 8-mio czy 10-cio letniego chłopca albo jego rodziców, którzy wysyłali swoje dziecko na drugi koniec Polski same pociągiem i to z przesiadkami, to nie rozumiem. Zaglądać w ogóle z powodu odklejenia kogokolwiek - gdziekolwiek, zakrawa mi na jakąś formę perwersji. Jak dzieciak z późnej podstawówki, który zobaczył na zdjęciu pierwszy raz goły cycek. Przyłapany twierdzi, że cycek odklejony. I tak za każdym razem. Cudownie. Wdziewam sweter, co cipie, by siła przekazu była większa. Tego, co nastąpi. Zatem najpierw podkład. Z czarzastymi grałem w piłkę. Zakładałem im siaty, to poszli z niesmakiem w polityke, bo nie zmogli znieść "małego" między nogami. Już wtedy bylem kawałkiem chuja. Cytat:
Jednak poświęcę Ci odcinek. Jak zdążę, bo nie wiele znaczysz. |
Fajny filmik i ciekawe komentarze , choćby ten : Słyszałem, że jest takie staropolskie prawo, jeszcze z czasow pierwszych Piastów, że RAZ DO ROKU MOŻNA STRZELAĆ DO STARYCH KOMUCHÓW bezkarnie ... lub ten:Co za chore czasy. Przywódca kraju masowych morderców z pragnieniem na pokojową nagrodę nobla (SICK!), atakowany przez starego komucha, wybranego na marszałka demokratycznego kraju (SICK!)... Gdzie ja kurw4 żyję?!
Ja proponuję Putina do nagrody Nobla z dziedziny fizjologii i medycyny. Jedną decyzją wyleczył 8 mld ludzi (cały świat) z Dawida 19. Trumpowski Nobel hipokryzji ginie w blasku przy tym :D |
Nicość 6
Tu się politycznie czasami spuszczam, by nie było wątpliwości, z kim mi nie po politycznej drodze. A skoro politycznej, to i w pozostałej też.
To znaczy, że nie nawiązuję nowych, lewicowych znajomości. I absolutnie nie zamierzam. Zatem teraz już spokojniej, działam dalej w systemie binarnym. Te pierwsze ferie zimowe u babci zapamiętałem z dwóch powodów. Pierwszy, to fakt, że to pierwszy zimowy ferie u babci, który zapamiętałem:) Drugi, to ten sweter. Sweter wydawał mi się tragiczny ale był jedynym w czym/jakim zostałem wyekspediowany. Ja nie miałem kurtki. Babcia miała kożuch. Mogłem się w niego co prawda ubrać ale sięgał mi za pięty butów i utrudniał przemieszczanie. Pamiętam jeszcze dlatego, że nie było śniegu ale był mróz. Taki kilkudniowy, z każdym dniem tężejący. Moje trzewiki (tak się wtedy mówiło na buty inne niż trampki) porzuciłem na korzyść walonek. Walonki były bardzo ciepłe. Podobnie jak sweter. Jak nastał mróz, przestało wiać. Okazało się, ze sweter i koszulka (nawet z krótkim rękawkiem) zupełnie wystarczały, by utrzymać ciepło, które generowało własne ciało. Nosiłem wełnianą czapkę z pomponem i wełniane, jednopalczaste rękawiczki. Po latach zajechałem w rodzinne strony mojej mamy i ojca. Stanąłem przed domem, który kiedyś był szkołą i przez wiele lat po śmierci babci był niezamieszkały. Kupił go jakiś Warszawiak. Była chwila "napięcia". Nie jakaś taka mocno egzaltowana... ale była... Stałem i patrzałem na ogród (było to z jakie 10 lat temu)... Wracały wspomnienia ale interesowało mnie jedno. Tak naprawdę jedna rzecz mnie "nurtowała". Rzecz... Nie rzecz a odległość. Odległość od domu do stawu... |
To jest ten dom co obecnie remontujesz ?
|
Nie.
Jak wspomniałem, kupił go jakiś Warszawiak. Szukałem w okolicy. W trakcie oględzin różnych, wpadliśmy z Bikim do Wasyla i zabrakło nam... paliwa:D Była jeszcze jedna chata w regionie, tuż przy granicy z BLR ale już nie dojechaliśmy. Kupiliśmy po "drugiej stronie" Białego ostatecznie. |
Nicość 6
Dwa lata wcześniej latem, byłem Winnetou. Winnetou w wersji ubogiej. Na golasa, ze słomiana przepaską na tyłku i łukiem z leszczyny. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że Winnetou to biały Francuz a film/kolejne części kręcono w Jugosławii. Dlatego strasznie żałowałem, że nie mam jego stroju z indiańskimi ozdobami ale najbardziej żałowałem mokasynów. Do dzisiaj mam słabość do takiego obuwia. Pierwsze buty, jakie zlecę do szycia, to będą właśnie mokasyny.
W zeszłym roku roku nabyłem dwie pary. Po raz pierwszy od lat dziesiąt "normalny" obuw. W którym można i do kościoła i na spacer po bulwarze. namawiała Strażnik Domowy i namówiła. Wydałem 490zł o rabacie 30%... mokasyno podobne. Wiem, że długo już nie będę namawiany. Jak siebie znam, to starczą mi do końca życia nawet, gdy dojadę do setki. Tymczasem Winnetou zakradł się na wierzbę górującą nad stawem. Prowadziła do niej wąska, grząska ścieżynka, która lubiły też chadzać do stawu gęsi i kaczki sąsiada przez dziurę w plocie. Nikomu to nie przeszkadzało poza Winnetou. Mimo, że szedł jak prawdziwy Indianin i stawiał stopy "krok w krok", odchody domowego ptactwa przeciskały mu się między palcami jak mielone w maszynce do mięsa babci. Kłóciło to się z honorem indiańskiego wodza ale trudno. Zawsze to lepsze ptasie, niż te krowie placki. Wdepnąć w taki, to jak Winnetou zaleźć za skórę. W każdym razie Winnetou z łukiem w garści chciał dać nauczkę tym cholernym gęsiom i kaczkom taką, że... Wdrapawszy się na konkretną gałąź i kiedy miał obie ręce zajęte polowaniem nagle...! Czyli WTEM!! Gałąź się złamała i Winnetou wpadł prosto w morze pokrzyw pod nią na skraju stawu... Wrzask jaki się podniósł wypłoszył ptactwo nie tylko ze stawu ale wzburzył też konia w stajni. Ze zboża uniosło się kilka buszujących tam kuropatw i... Dwa lata później (dokładniej półtora roku) Winnetou poszedł nad staw już nie tak skąpo odziany. W zestawie odpisanym wcześniej prezentował się na tle zmarzniętej do szpiku przyrody naprawdę efektownie. Winnetou żył jeszcze wtedy obrazami prezentowanymi w tvp 1. Był tylko jeden kanał i obsługiwał wszystkich. Od dzieci po starców. Niestety... Ani Wakacje z duchami, ni Podróż za jeden uśmiech czy Pan Samochodzik emitowane świeżo w tv opisywały tylko letnie przygody. Do tych Winnetou był przygotowany, że hej. Bardziej niż przykładnie ale zimowo...? Tabula niezapisana eksploracyjnie. Oczywista sanki, łyżwy - koncertowo, śmiganie na butqach itp. - znakomicie, ale bardziej zaawansowany plener to nawet nie po łebkach. Zimowego Winnetou strasznie kusił staw. Tym bardziej, że cały już był pokryty lodem. Wszystko już elegancko zamarznięte... gdyby tak mieć łyżwy! Łyżwy owszem, miała siostra i mogła pożyczyć, bo w Rumi ani mrozu, ani śniegu. Ale wiadomo... No więc nasz Winnetou cały niemal w wełnie, w pięknych walonkach zaczął sprawdzać czy lód trzyma. Lód trzymał ale gdzieś w połowie drogi do geometryczno-geograficznego środka zatrzeszczał i...?? Trwało to migiem, kiedy staw pochłonął Winnetou`ego... Nie było wrzasku, tylko trzask i plum! Na szczęście zimowy niski poziom wody ugrzązł gdzieś między pepkiem a klatą pirata, znaczy Winnetou`ego. Pierwsze wrażenie? Nie jest wcale tak zimno. Ale to było pierwsze wrażenie. Do dziś pamiętam niemal każdy szczegół akcji samoratunkowej. Najważniejszym było dotrzeć do brzegu. I to jakoś szło. Tu brawo dla Winnetou, bo nie wdrapywał się na lód (po pierwszej próbie) tylko łamał własnym ciężarem to, co było przed nim a po paru krokach już mógł wyjść normalnie na brzeg. Ale... co się dzieje...? Nogi zamarzają w walonkach eksresowo! Winnetou chce biec ale opada z sił, znaczy jakby nie może, bo ciało drętwieje. Przewraca się i nie może wstać... Zaczyna się czołgać, coś krzyczy... Nikt go jednak nie słyszy... Czołga się resztkami sił przez ogród, "mijając" po prawej oborę, drewutnię. Nie krzyczy... na to też już nie ma sił... Nawet na to. Udaje mu się doczołgać do furtki ale... |
Nicość 6
Stoimy tak pod płotem ze Strażnikiem Domowym `i wspominam historie z babcinego podwórka... - Co było dalej? Furtka zamykana była na taki charakterystyczny skobel. Kiedy jakąś resztką sił się do niej wspiąłem nie mogłem tego skobla nacisnąć. Przede mną kilka metrów do kolejnych drzwi od sieni... Widzę je przez mglę. Nagle furtka puszcza. To impuls, który jest sygnałem dla ostatniego strzału adrenaliny. Nie pamiętam, jak znalazłem się w sieni. Dopiero wtedy w drzwiach od kuchni pojawiła się babcia... - Synku, co ci jest? Potem cisza. Obudziłem się wieczorem. W świetle lampy naftowej ujrzałem babcię siedzącą przy mnie na skraju łóżka. Ginąłem w ogromnej poduszce przykryty kołdrą. Obie wypełnione puchem gęsim. Było mi ciepło. Babcia podeszła do pieca. Z kuchni zdjęła kubek z mlekiem. Tradycyjnie... Z dodatkiem masła, wyciśniętym czosnkiem, łyżeczką miodu... - Pij wnusiu. Wypij i śpij. Rano obudzisz się z nowymi siłami i wszystko babci opowiesz. Babcia ponownie podeszła do pieca i zdjęła z niego mój sweter. Na przypiecku stały same filce z walonek. Z takim obrazkiem zasnąłem. Kiedy mnie babcia rozbierała do łóżka wszystkie ciuchy miałem zamarznięte na kość razem ze skarpetami. Wszystko zmarzło na mnie na dystansie niecałych 80-ciu kroków. Może dlatego 45 lat później, niedaleko mojej obecnej "małej ojczyzny" bez cienia egzaltacji brnąłem w rozlewiskach Biebrzy pod Dolistowem na pożegnanie zimy. Ale wtedy nie było -9, jak wskazywał babciny, rtęciowy termometr tylko kilka (bodaj trzy czy cztery) stopni na plusie. Opis tej wycieczki w trybie lat z epoki MWW3 na którym sobie jechałem - poniżej w linku. Jeszcze 5 tyg. wcześniej leżałem na oddziale Szpitala Marynarki Wojennej za rogiem willi państwa Wałęsów. Zabieg usunięcia przepukliny pępkowej mnie tam czekał. Nomen omen w fajnym towarzystwie. Zakonnika (misjonarza) i emerytowanego pułkownika lotnctwa. Ten ostatni służył w Bośnii cudem przeżył ale zasłynął czym innym. W którymś z Borewiczów zaangażowano go i... śmigłowiec, który miał pilotować w jednej ze scen. Niby nic za komuny ale scena wymagała pilota z dużym doświadczeniem i umiejętnościami ponieważ śmigłowiec miał latać w... centrum Łodzi na bardzo niskim pułapie. Wszystko szlo gładko, dopóki nasz pilot nie wtarabanił się między wieżowce (co zakładał scenariusz). Z okien bloków posypały się szyby od fali uderzeniowej i zrobiła się afera. Afera, bo śmigłowiec tak jakby załatwiono z wojskiem na lewo. No i takie tam. Zatem kto chce wiedzieć jak to było z brodzeniem Biebrzą i zaczemu, opisane tu: http://renowacjaposadzek.pl/blog/bajkalajka/ Idealna opowieść dla wielbicieli trybu lat 80-tych. W sam raz do poduchy dla moich sympatyków. Dzisiejszy dzień żegnam z przytupem. Baby nie tylko na motóry. |
NICość 5
Ja dalej nic nie muszę. Robię.
Te rozstania i powroty. Góra, podróż na Podlasie 1, Tytus Romek i ATomek, Podróż na Podlasie 2, wełniany sweter. Pierwsza sprawa w sądzie. Pierwsza emigracja. A ja mam dopiero 10 lat i nie mam nic. Ale nic jest początkiem wszystkiego. Akcentuję to po raz kolejny. NIC JEST POCZĄTKIEM WSZYSTKIEGO. Mając 10 lat zostaję sam. I co istotne, wychodzę z trybu nakazowego. W kluczowym wieku. W domu przestają mi mówić, co mam robić. Ojciec w Rumi, mama już na emigracji. My (ja i siostra) z nią. Z nami bogaty księgozbiór ale mnie książki nie interesują. Kompletnie - poza jedną, potem drugą. Ta pierwsza, to Znaczy Kapitan. Nie wiem, jak to się stało, że ją otworzyłem. W lutym mam już 11 lat. Śpię na podłodze. Na perskim dywanie. Prawdziwym, perskim dywanie. Jestem Dariuszem Pierwszym. To mi wmawia uparcie mama. Znaczy wmawiała, kiedy byłem bardzo mały. Też już o tym wspominałem. Latanie na perskim dywanie było dla mnie codziennością. Nie bylem jak Ikar. Latałem tak, by nie dotknąć słońca. Dlaczego? To banał... Latałem nocami. We własnej baśni tysiąca i jednej nocy. Nikt mi nie kazał latać. Mama zachęcała. Potem nie miała już czasu, żyła w swoim świecie. Byłem jej rodzyneczkiem. Ale ja nie godziłem się na... taką rolę. Zimiok coś tu o odlotach pisał... Chłopcze... Nie masz pojęcia, czym jest odlot. Mama to miała odloty. Na studiach moim kolegom oczy wyłaziły na wierzch. Pierwsze, co ich dziwiło, to imię - jakim przedstawiałem mamę. MATYLDA. Takie "egzotyczne". Nikt przecież nie śmiał ująć tego inaczej. W sensie np.: rany Julek... ale głupie imię? Imię jak imię, ni głupie, ni mądre. Egzotyczne z akcentem na nieprzewidywalność. NIEPRZEWIDYWALNOŚĆ. Dla mnie codzienność, dla przyjaciół egzotyka. - Ale przecież twoja mam ma inne imię. Tak. - To czemu zawsze mówisz o niej Matylda? Zawsze wtedy tylko uśmiechałem się. "Mama" przecież dla wszystkich była ikoną. Dla mnie nie była. Im bardziej pogrążała się w chorobie psychicznej, tym w domu było gorzej. Ciśnienia nie wytrzymywała siostra dlatego szybko się usamodzielniła. Mnie tam mój pokój pasował. To był mój świat. Z perskim dywanem. Zresztą mama jako ceniony pedagog języka rosyjskiego jeździła do ZSRR na różne sympozja, letnie kursy itp. Sporo tego było. Często trwały tygodniami i wtedy naturalnie zostawaliśmy sami. Pisałem juz o tym ale zimiok, Sudden czy inny Matjas tego nie czytali. Sudden przeczytał trafną opinie o mnie w... szkockiej. Autorem opinii Pan Inżynier. Pana Inżyniera, to ja szanuję. Suddena, który zrobił (niemal) kopiuj wklej - nie. na tym się zatrzymam. Dziękuję. Dzisiaj reaguję bardzo emocjonalnie. Kiedyś w ogóle. tego nauczyła mnie mama. Bezwiednie. Bez trybu nakazowego. Bardzo mi przypisanie mamie imienia Matylda w tym pomagało. Wszyscy swoje mamy kochali. Ja kochałem Matyldę. Ale... zawsze przychodził ten dzień, kiedy moje "otoczenie" poznawało Matyldę. Wtedy wszystkim szczęki opadały, mózg szorował po podłodze. - O rany... Ale kultura zdrowej relacji nie pozwalała na nic więcej. pal sześć zdrowa kulturę. Ja nie pozwalałem na żadne "osobiste" wycieczki komukolwiek. To była moja Matylda. Koniec kropka. Teraz moją Matyldą jest El Czariusz. Wara matjasom, zimiokom suddenom od niego. Wara jeszcze tylko przez 5. Dnia szóstego będę miał już was serdecznie w dupie. I jeszcze kilku. Ale... zatrzymałem się na Karolu Olgierdzie Borhardt. Nie odmienię nazwisko Pana Olgierda, bo można sobie na tym język połamać. Winnetou poszedł w odstawkę jak z bicza strzelił... |
Ja znów Meissnera bandera, krzyże co to były za przygody... ale K.O.B. to Szamana Morskiego.
Uwielbiam i uwielbiałem siedzieć przed biblioteką i czytać tytuły, a potem coś wybrać. Tak miałem w domku, w bibliotece i księgarni. Szkoda, że papier znika, miało to coś w sobie magicznego, jak płynąć przez ocean i odwiedzać wyspy, na których wszystko jest możliwe...ten zapach, nowych, starych książek, faktura, okładka a teraz będzie tylko palec po ekranie.... |
Cytat:
|
Cytat:
|
Nic 5
Czarny... Ty Małpiszonie. Dla Ciebie chowam odcinek. Na pewno zdążę. Matjasowi chciałem coś przypomnieć. Nasz wspólny udział w jednej imprezie. Na niej mnie poznał. Dokładnie takiego - jakim jestem.
Zdarza się w życiu poznać przypadkowych ludzi. Matjas to przypadek. Nie poświęcę mu odcinka. Co najwyżej sobie mogę i kilku nieprzypadkowym gościom tej imprezy. Miałeś tam bardzo krótki epizod. Zjawiłeś się przed świtem z informacją, że kawalkada eMek utknęła pod Komańczą. nawet nie pamiętam, czy brałeś udział w akcji ratowniczej. Szaman Morski, to już dla dojrzałego osobnika. To znaczy takiego, co perskim lata jak ta lala. Taki gość może być np. chomikiem. Przy tym jednocześnie w Afryce i na Afryce. Żeby to jeden raz. Taki chomik wie, gdzie leży równowaga w kulturze relacji. I chyba wie, że tryb nakazowy nie jest dobry w budowaniu tychże. Tak do zerówki jeszcze robi... W trylogii Znaczy Kapitan, Krążownik spod Somosierry, Szaman Morski nie od parady jest trzecią i kwintesencją wykształconego gruntownie człowieka z ogromną wyobraźnią. Właściwie - to z wyobraźnią bez granic. Przecież przygoda nie ma granic. Dlatego moja książka miała mieć pierwotnie tytuł: Przygoda Bez Granic. I nie o fizyczne granice się rozchodzi. Taksówkarz w Paryżu... Mierzenie wysokości słońca z ręki... Ja dzięki Panu Karolowi polubiłem fizykę. Zawsze chciałem jego poznać. Zabrakło mi determinacji. Poleciłem wyżej: http://renowacjaposadzek.pl/blog/bajkalajka/ To był luty 2017. Po operacji/zabiegu przepukliny leżałem w łóżku. To była dla mnie krytyczna sytuacja. Zobowiązania m-czne netto = 7000zł. Bezwzględne minimum m-cznej egzystencji (trzyosobowa rodzina w tym osiemnastolatek) to 4000 zł, w tym 2500zł wynajem mieszkania z kosztami eksploatacji. Strażnik Domowy spina budżet jak mało kto. 1500zł (wtedy) zapewnia nam domową egzystencję. Nadwyżka idzie na utrzymanie na utrzymanie firmy w ruchu. Transport, materiały, wynagrodzenia, urzędy w normalnym trybie... Dochodowy, VAT, ZUS... Leżę w łóżku ze świadomością deficytu. Przepuklina to jak świnka. Musisz po zabiegu przeleżeć, potem trzy m-ce min. bardzo oszczędnej fizyki. Bardzo oszczędnej. Tak oszczędnej, że dla zachowania potencjalnej sprawności MUSISZ powstrzymać się od jakiegokolwiek wysiłku angażującego mięśnie brzucha. Delikatne napięcie tak. Ale żadnych gwałtowniejszych ruchów czy dźwiganie czegokolwiek. Ale... dla mnie: nie ma muszę. To forma trybu nakazowego, wewnętrznego rozkazu. Musisz, bo jak nie to... Owszem, mam to z tylu głowy. ja tego nie muszę, ja to robię. Zabieg przekładam kilkukrotnie. W końcu przychodzi data "eksmisji" do szpitala. Ja mam za sobą trzymiesięczny, konsekwentny trening. Cztery razu w tygodniu. Podstawą są pompki. W trzech seriach 100. Wiem, ze jak do tej granicy dojdę, będzie dobrze. To robię. Poza tym drążek. Wspierania w przednim zamachu, małe kołowroty, wymyki w seriach... Nie musiałem się motywować. Od pewnego momentu odpalił się tryb wewnętrzny. Automat. Uzależnienie od ruchu. Przyjemność. 5 tygodni po zabiegu... na blogu takich relacji mam dużo. Otwartych dla "publiczności" jest około 20%. Zamknięte pozostają Azje Centralne, Afganistany, Bałkany i Bajkałajka. Bajkałajka. odbyta w lutym. Tym lutym, kiedy leżałem w łóżku po zabiegu. O zabiegu nikt nie wiedział, poza najbliższymi kolegami. To wtedy wpadłem na pomysł realizacji jednego z moich marzeń. Smyrnąć się składakiem zimą przez Bajkał. Bałkaj jest ogromnym jeziorem. jak ogromnym? na blogu gdzieś tam mam link do programu z siatka Merkatora. Pozwala ona "realnie" np. taki Bajkał wpisać w globus PL. Te syberyjskie jezioro da się wpisać w nasz globus w osi płd. zach/płn. wsch. No to sobie wpisałem. Żeby było zimowo, musiałem zrealizować wycieczkę plus/minus w okresie zimowym. Okazja sama się nadarzyła. Ale, żeby było ciekawiej, pojechałem ten Bajkał na składaku Wigry 3. Musiała to byc mocno realistyczna wyrypa, bo wkręciłem w nią wysokiej klasy podróżnika z mojego otoczenia. Finałem jego dokonań (razem z Dominiką) było okrążenie Afryki przez rok. Miał już za sobą Syberię, objechał Bajkał, Mongolię i inne cuda na kiju. Azję Centralną też. Umówiłem się z Lupusem i kilkoma jeszcze kumplami, żeby uwiarygodnili moją wycieczkę. Ja z łóżka pisałem sms-y, które krążyły wśród przyjaciół ale chodziło konkretnie o hOMERA. Wkręcił się na maksa. Kibicował! Mi osobiście najbardziej najbardziej podobały mi sie odcinki z dostawą mojego jestestwa bezpośrednio nad Bajkał przez ekipę rosyjskich akademików. oczywista helikopterem. Inspiracją był tu emerytowany pułkownik o którym wspominałem. On latał nielegalnie między wieżowcami Łodzi. Ja między Jakuckiem a Bajkałem. Aż się łezka w oku kręci... nie musiałem się za bardzo sprężać, tylko kopiować doświadczenia kolegów winnej oprawie tylko. Sudden rżną z pana Inżyniera w Szkockiej, ja oprawiałem w Bajkał przelot Pana Inżyniera nad M. Kaspijskim. praktycznie nic nie musiałem. Tylko ciut inaczej opowiedzieć przelot Fazika z pijanym pułkownikiem nad Machaczkałą i trochę dalej ciut. Skoro przydarzyło się to Fazikowi, znaczy mogło. Nomen omen, w przerwie pierdolingu o wadach i zaletach NRD, mógłby Fazik przybliżyć swój odlot w Rosji. Jego wyrypa, to kwintesencja Lotu Nad Kukułczym Gniazdem. Takie preludium jazdy po zamkniętym dla cywilnego ruchu (tylko za specjalnym permitem) lotnisku w... lepiej nie pisać. Lepiej obejrzeć... W każdym razie tak wkręciłem hOMERA, że się na mnie... obraził. Za długo się nie obrażał ale z rok chyba było:) Zatem jeszcze raz zachęcam. http://renowacjaposadzek.pl/blog/bajkalajka/ Jeszcze"otwarta" wycieczka. jJdna z moich ulubionych. "...Z każdego takiego wyjazdu wracam z bagażem większym niż startowałem. To bagaż doświadczeń… Banalne w rzeczy samej stwierdzenie ale to one wypełniają tę pustkę w mózgu równoważąc cywilizacyjny uwiąd. Pierwsze, to rozczarowanie. Rozczarowałem się sobą… Trochę do tego dochodziłem ale taki jest wynik w istocie. Nie dotarłem na miejsce zbiórki a tak chciałem przecież… Tylko gdzie droga, Kolego El…? Za nim zacerujesz, musisz zaakceptować dziurę w skarpecie. Drugie, to właściwa ocena tego, co miało miejsce. Nikt nie był wstanie po mnie wyjechać i kropka. Koniec wewnętrznej dyskusji, kto powinien i co powinien. Stąd dedykuję sobie słowa św. Tomasza z Akwinu. Panie, Ty wiesz lepiej, aniżeli ja sam, że się starzeję i pewnego dnia będę stary. Zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek. Uczyń mnie poważnym, lecz nie ponurym; czynnym lecz nie narzucającym się. Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości, jakie posiadam, ale Ty Panie wiesz, że chciałbym zachować do końca paru przyjaciół. Wyzwól mój umysł od nie kończącego się brnięcia w szczegóły i daj mi skrzydeł, bym w lot przechodził do rzeczy. Zamknij mi usta w przedmiocie mych niedomagań i cierpień w miarę jak ich przybywa a chęć wyliczania ich staje się z upływem lat coraz słodsza. Nie proszę o łaskę rozkoszowania się opowieściami o cudzych cierpieniach, ale daj mi cierpliwość wysłuchania ich. Nie śmiem Cię prosić o lepszą pamięć, ale proszę Cię o większa pokorę i mniej niezachwianą pewność, gdy moje wspomnienia wydają się sprzeczne z cudzymi. Użycz mi chwalebnego poczucia, że czasami mogę się mylić. Zachowaj mnie miłym dla ludzi, choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać. Nie chcę być świętym, ale zgryźliwi starcy; to jeden ze szczytów osiągnięć szatana. Daj mi zdolność dostrzegania dobrych rzeczy w nieoczekiwanych miejscach i niespodziewanych zalet w ludziach; daj mi Panie łaskę mówienia im o tym...' Jakże to, co kursywą jest aktualne... El Czariusie... Zostało ci już tylko 5. |
Nic 5
Dzisiaj tłusty czwartek.
Ja we wspanialej fizycznej formie. Wczoraj specjalnie na te okazję przebiegłem w głębokim, zmarzłym śniegu TPK 8km 900m. Tylko po to, by móc dzisiaj zjeść kilka pączków. Na moim rodzinnym stole zawsze rządziły faworki. Dzisiaj najtaniej Strażnik Domowy widziała je po 130zł/kg. Niby dużo ale ile się trzeba przy takim kilogramie narobić, ile smalcu zużyć, ile energii... Nie pamiętam, by ktoś na wsi sprzed elektryfikacji Zabłocia (1976) cokolwiek smażył na jakimś oleju. Królował smalec z masłem. Zatem na dziś tyle do kawy. |
Zanim ktoś mi podpowie co ze Sri Lanką, wstawię coś z drugiej strony akieanów.
Robert F. Kennedy Jr. ogłosił decyzję nakazującą wszystkim lekarzom zdobycie formalnego wykształcenia w zakresie żywienia, powołując się na przewlekłą zachorowalność na choroby związane z dietą, takie jak otyłość, cukrzyca i choroby serca. Kształcenie medyczne tradycyjnie koncentrowało się na lekach i chirurgii, z ograniczonym naciskiem na żywienie. Kennedy twierdzi, że ta luka sprawia, że ââlekarze nie są przygotowani do zajmowania się pierwotnymi przyczynami chorób, którym można zapobiec. Propozycja kładzie nacisk na oparte na dowodach badania naukowe dotyczące żywienia, zdrowia metabolicznego i wpływu systemu żywnościowego na zdrowie publiczne. Zwolennicy twierdzą, że mogłoby to przesunąć opiekę zdrowotną w kierunku profilaktyki, a nie leczenia. Krytycy ostrzegają, że wdrażanie musi być rygorystyczne pod względem naukowym i wolne od ideologii. Eksperci ds. zdrowia są jednak zasadniczo zgodni, że silniejsza edukacja żywieniowa mogłaby poprawić długoterminowe wyniki leczenia pacjentów i obniżyć koszty opieki zdrowotnej. Jakie to proste, nie? "Leczyc' profilaktyką. Polska edukacja leży też z banalnego powodu. Po pierwsze, nie wiadomo czego uczyć. Jak uczyć? Nie ma prostej już prostej odpowiedzi. Świat przyspieszył, państwowa edukacja nie nadąża i nie będzie. Nie jest wstanie. Zmiany, które się dokonały tylko w ostatnich dwóch dekadach są ogromne. Mogę jedynie próbować odnieść się do wychowania zdrowotnego i wychowania fizycznego ale i tu zdecyduje ostatecznie zasada lustra. Dzieci to odbicie rodziców i kółko się zamyka. Z tego koła nie ma eyjścia Wypada z niego ledwie kilka procent. W większosci to procent, nad którym mocno pracują rodzice. Zachęcają/gonią do nauki. "Gonić' też trzeba umieć. I znowu się koło zamyka Z powodzi potencjalnych geniuszy zostają soki Weroniki. Przeczytałem raz jeszcze opowiadanie kryminalne Marysi. Pozwoliłem sobie poprosić ja do telefonu. - Marysiu a napisała byś mi jeszcze jedno takie opowiadanie? Takie specjalne, dla dziadka? Dobrze. Napuszę książkę. Poczekaj, zaraz ci powiem ile będzie miała stron. Czekam... Coś tam szeleści w tle... 142 strony. Melduje Marysia. - A może tak na szybko mi coś przeczytasz? Np.: Dzieci z Bullerbyn? Już dawno całą przeczytałam! - Hm... Na pewno? Tak. - To może kilka zdań, tak dla przypomnienia? Nie... Ona (książka) jest bardzo głęboko schowana. - Acha. Teraz czytam Dziki Świat. To książka dla forosłych. Z niej ci mogę poczytać. - Dawaj! Marysia czyta. Bardzo płynnie. Skomplikowane wyrazy. - A powiedz: stół z powyłamywanymi nogami? Stół z powyłamywanymi nogami. - A, wyalienowaliśmy się z rozentuzjazmowanego tłumu? Wyanalli.. - A co pije krowa? Dziadek...! Wodę! |
| Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:45. |
Powered by vBulletin® Version 3.8.4
Copyright ©2000 - 2026, Jelsoft Enterprises Ltd.