28 czerwca
Jak się okazało na wieczornym kufelku browca w knajpie w cenie apartamentu nad salą balową mamy również śniadanko. Więc jak tylko knajpę otwarli uderzamy pakuszać. A jakże jajecznica po ichniemu czyli jaja sadzone.
Po śniadaniu pakujemy bambetle i kierujemy się na stację zatankować i ruszamy dalej w kierunku przełęczy Kara Buura.
Mimo że jest wcześnie tutaj na zachodzie jest piekielnie gorąco. Nigdy tutaj nie byliśmy a bardzo chcieliśmy się przekonać jak chooyowy jest zachód Kirgistanu że prawie nikt tutaj nie zajeżdża. Uważam że to błąd. Nie jest może tak urokliwie jak na wschodzie ale ciekawie. Po prostu inaczej. Niestety droga mimo że jakościowo bardzo przyzwoita jest po prostu tragiczna bo walą nią ciężarówki na pełnym gazie, tuman pyłu unosi się na wiele metrów a widoczność jest niemal zerowa. Wyprzedzenie takiego zestawu gnającego 60 km/h jest sporym wyzwaniem.

Dodatkowo jedynie pod ścianami skał można znaleźć kawałek cienia. Z niecierpliwością chcemy dostać się na przełęcz licząc na kawałek chłodniejszego powietrza.
Jak jest pusto to leci się ładnie, jak coś jedzie a jedzie prawie cały czas to słabo. Lepiej nie puszczać przodem ciężarówki. Osobówek niewiele.

Zjeżdżamy na chwilę oddechu nad rzeczkę, ładną całkiem zresztą.

Taki mały wąwozik.

Po prawej właśnie przeszła ciężarówka , widać tumany pyłu.

W końcu dolatujemy do podjazdu. Jest tam jakiś kamieniołom czy coś takiego i właśnie tam gnają te gruzawiki. Sama przełęcz ładna. Pod szczyt aut jedzie niewiele.

Trzeba uważać na zakrętach bo tam jest tak rozjeżdżone że mamy dość głęboki kopny piach czy raczej pył.

Zjeżdżamy w dół. W dolinie płynie rzeczka.

Odbijamy na lewo i mamy taką sytuację.

Mimo, że to zachód i niby jest gorąco to śniegu leży sporo a mamy koniec czerwca.

Dalej lecimy już szeroką doliną, po prawej mamy rzekę płynącą głębokim kanionem. Jest w sporym oddaleniu od drogi ale strome ściany widać z daleka.

Pić się chce a zaczynają się wioski więc postanawiamy jedną spenetrować. Dobrą chwilę zajmuje nam znalezienie jakiegoś człowieka, który wskazuje nam gdzie jest sklep. Szopa na czyimś podwórku. Nie do zidentyfikowania dla niezorientowanych. Obsługuje mała dziewczynka lat może ze 12. Wkrótce dołącza do nas jej babcia lat 80, która mówi po naszemu naczy po rusku. Gawędzimy chwilę ale czas lecieć dalej.
Cały czas mamy szeroką szutrówkę i leci się sprawnie. Mamy porę obiadową i trafiamy do Jany Bazar. Wiocha jak wiocha ale widzę że jest stołowaja i postanawiamy tu zostać na noc bo upał i kurz dały na w doopę. Czas mamy i nigdzie nam się nie spieszy.
Znajduję na mapie obiekt pod nazwą Besh Aral Hotel. Hmmm. Zamknięte ale obok jakaś instytucja i otwarte, ktoś stoi. Wpadam zagadać i okazuje się że obiekt jest i nawet działa. Mankament taki że nie ma wody a kibel na ulice. Dobra , zostajemy. W środku przyjemnie chłodno. Koleś nam otwiera ,i zostawia klucze od całego obiektu bo nikogo tu nie ma. Okazuje się że jesteśmy w Muzeum Przyrody.

Wcale nienajgorzej.

Idziemy na miasto pakuszać ale kibel, albo zamknięte albo już wszystko wydali i nie ma co jeść.

No ale radzimy sobie jakoś.

Pakuszali to idziemy nad rzekę z planem żeby się wykąpać i walnąć browca nad wodą.
Najpierw trzeba go schłodzić.

Taka rzeczułka.

Woda niestety ma taką temperaturę że łamie kości i nie ryzykujemy kąpieli. Luzujemy nad rzeczką ale motocykle czas obejrzeć bo już dawno nie zwracaliśmy na nie szczególnej uwagi. Oblukamy czy wszystko bangla i przepierzemy filtry.

Słońce pomału spada to i my spadamy do spania wraz z nim. Motocykle parkują pod bazą strażników parku.