Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 22.08.2021, 13:50   #317
Emek
I CAN'T KEEP CALM I'M FROM POLAND KU_WA Słońce do 04.09.24
 
Emek's Avatar

Zapłaciłem składkę :) Dział PiD

Zarejestrowany: Aug 2015
Miasto: Scyzortown
Posty: 11,145
Motocykl: No Afrika anymore
Emek jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 rok 7 miesiące 1 tydzień 3 dni 13 godz 55 min 24 s
Domyślnie

29 czerwca
Jako że mamy już podróżować lajtowo to nigdzie nam się nie spieszy. Wstajemy, szamiemy i niespiesznie zaczynamy pakować się na motocykle. W międzyczasie gawędzę ze strażnikami parku, podpytując co tu jest ciekawego i jaka jest ich robota. Koleś zeznaje że są tam jakieś pola tulipanów ale daleko (około 100 km) i do tego motocyklem się tam nie dojedzie. Jedynie konno lub z buta. Postanawiamy zatem kierować się pomału na Biszkek a postój mamy po taniości tam gdzie już byliśmy czyli na Sary Chelek. No to ognia. Najpierw chcemy jednak zobaczyć jak wygląda droga w stronę Besh Aral. Odbicie jest w kierunku wioski Ak Tash , tutaj
https://www.google.com/maps/place/Ak...3!4d70.6439781
Droga faktycznie jest ale leci trawersem nad brzegiem rzeki a do tego żadna z naszych map (maps me , garmin , google) jej nie pokazuje. Upał tutaj okropny więc dojeżdżamy kawałek ale postanawiamy zawrócić i zobaczyć co dalej po trasie.
Dojazdówka do Ak Tash


Dolatujemy do tego miejsca, droga się zwęża do koziej ścieżki. Tutaj zawróciliśmy.


Wzdłuż drogi powrotnej płynie rzeczka. Całkiem fajowa ale rwie mocno.

Kierujemy się dalej do zjazdu a potem dalej w kierunku Terek Say. Droga tutaj jest mało ciekawa, kurzy się okropnie stąd puszczam Michała przodem a sam kulam się daleko z tyłu bo pył wchodzi wszędzie. Jest tutaj kilka kopalni złota, całkiem nieźle zorganizowanych. Porządnie, czysto i schludnie. Wreszcie dolatujemy do jakiejś wsi gdzie postanawiamy się napoić. W sklepie obsługuje łebek lat może 10, zauważam taki oto produkt. Kto ma swoje lata ten pozna.

W okolicy Ala Buka Michał ma jakąś drobną usterkę, którą naprawiamy na nieczynnej stacji paliw.

Jest przynajmniej kawałek cienia bo upał tutaj zaiste nieznośny. Próbujemy też coś zjeść ale nie ma żadnej knajpy a ta co jest nie poda nic do jedzenia bo nie ma prądu. Leci się wzdłuż granicy z Uzbekistanem i pełno tutaj wieżyczek strażników. Fot nie robimy bo zatrzymanie grozi odwodnieniem i zatrzymaniem akcji serca. W końcu widzę przy drodze że dziewczyny smolą w knajpie szaszłyki. Zagaduję czy da się zjeść. Da się. To pakujemy się do knajpy zostawiając motocykle pod czujnym okiem dziewcząt. Chcemy zamówić szaszłyki i sałatkę z pomidorów i ogórków ale warzyw nie mają. Zagrałem jednak dyplomatycznie jak dziewczę po dostarczeniu szaszłyków zapytało czy czegoś sobie jeszcze życzymy wypalam że warzywna nariezka by była szczytem marzeń. I co? Za parę minut dostajemy choć nie było. Chyba któraś skoczyła do sklepu, kupiła produkty i zrobiły sałatkę. Wyraźnie dumne i zadowolone potem grupowo popełniły fotki z naszymi motocyklami , no i z nami również też oczywiście. Nam jednak w drogę czas bo robi się późnawo a mamy jeszcze kawał. Jedziemy i mamy odbicie na znaną już drogę na Sary Chelek w miejscowości Syny. Tutaj.
https://www.google.com/maps/place/41...2!4d72.0653692
Stąd mamy niecałe 3 dyszki bo bazy. Michał ma tam coś do zrobienia przy moto i tam zrobimy to na spokojnie, nocleg po taniości w jurcie i fajna miejscówka. Po drodze kupujemy jeszcze arbuza na popołudnie. Po drodze mijamy dwóch rowerzystów i za dala widać że Europejczycy.
Wreszcie docieramy na miejsce. Ładujemy się na bazę ale gospodarza nie ma. Syn tegoż oświadcza że jutra wolna i krzyczy 500SOM od łba. No lekko go pogięło idę do matki chłopca i mówię że parę dni temu było 150 a dziś 500 , o co kaman. Zgadzamy się wspólnie że 150 będzie OK.
Docierają do bram również rowerzyści ale odbijają się jak pingpong bo wjazdu nie ma więc szukają noclegu z ogromnymi problemami z komunikacją. Oferuję pomoc ale odmawiają. Jednak po paru minutach wracają skruszeni i chcą żeby im jednak pomóc bo nie mogą się dogadać. Gospodyni widząc mało kumatych krzyczy im 500 SOM od łba za namiot. Nie prowadzę negocjacji bo akceptują bez dyskusji. Chcą też kolację, którą organizuję dogadując temat z gospodynią. Będzie kurdak.
Z zaciekawieniem obserwuję jak gospodyni szykuje produkty na kolację dla Niemców a oni tymczasem wypakowują bety i rozstawiają namioty. Obładowanego roweru nie byłem w stanie unieść. Chłopaki zrobiły dziś chyba 70 km i są wypluci jak diabli. Lecieli przez przełęcz Kara Buura. Współczuję i podziwiam.

Podczas gdy chłopcy się organizują my chłodzimy cieczą arbuza.

Kolacja gotowa i jak się okazało to będzie dla wszystkich bo tak się Pani gospodyni nariezało. Korzystamy więc i my.
Niemcy przyjechali do KRG na 3 miesiące na rowery. Wybrali zachód bo tu niby płasko jest. Dobre. Naprawdę dobre. Ciekawe że nie wzięli własnych rowerów tylko wypożyczyli na miejscu. Nie wiem czy to sensowne brać cudzy rower za 300 juri skoro transport własnego kosztuje 150 jak zeznają. Nie kumam.
Częstujemy naszych nowych kolegów Biszkekiem, lekko się rozgadali ale szybko zawijają się do namiotów. Muszą być wykończeni tą drogą. Słońce spada.


To i my walimy w kimę. Zaczynamy od jutra kierować się na Biszkek bo chcemy po drodze liznąć jeszcze parę lokalizacji. Najpierw jednak zaplanowaliśmy przystanek w znanym obiekcie nad Toktogulem.
Emek jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem