Umyty, najedzony jakimś pomniejszym kebabem, zaczynam planować strategię. Okazuje się, że powoli kończy mi się czas. Mam jeszcze jeden dzień żeby pohulać, ale kolejne cztery to już powrót w dom.
Następnego dnia idę trochę na łatwiznę. Tzn zapinam trasę TET i lecę na zachód. Chcę jeszcze pobawić się w górach, ale obieram już azymut DOM.
Swoją drogą... Turki to kochają renówki

. Sporo tam tego.
Szukałem też części do mojego kochanego Piaggio... Wał korbowy by się przydał

.
No ale... TET jest jako taki...
Podjechałem na ponad 3 tyś m.n.p.m. Nie powiem... Silnik mi słabował. Dramatu nie było, ale nie było tam moich przepisowych koników....
Po raz drugi wjeżdżam na D915. Tym razem mam ładniejszą pogodę. Zdjęć nie będę wrzucał, ale spotkałem po drodze dwóch francuzów na starych afrykach.
Niewiele dalej zaczyna się smutna część. Powrót do domu

.
Ufra kebab na trasie
I tak w zasadzie skończyłem turecki gastrotouring. Żałość wielka za tamtym jedzeniem mnie do dziś bierze. Mógłbym przejść na halal w gastronomicznym znaczeniu

.
Po powrocie dokończyłem robić sprzęgło. Ściągnąłem miskę i znalazłem resztkę puzli z pierwszej tarczy...
Przy okazji zrobiłem zawory, ale to droga przez mękę

.
I na tym zakończyć powinienem tą historię... Będzie jeszcze film-teledysk, ale to jak go skręcę

.