Wróć   Africa Twin Forum - POLAND > Podróże. Całkiem małe, średnie i duże. > Relacje z podróży > Trochę dalej

 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Prev Poprzedni post   Następny post Next
Stary 14.08.2021, 19:50   #11
Emek
I CAN'T KEEP CALM I'M FROM POLAND KU_WA Słońce do 04.09.24
 
Emek's Avatar

Zapłaciłem składkę :) Dział PiD

Zarejestrowany: Aug 2015
Miasto: Scyzortown
Posty: 11,144
Motocykl: No Afrika anymore
Emek jest na dystyngowanej drodze
Online: 1 rok 7 miesiące 1 tydzień 3 dni 9 godz 9 min 28 s
Domyślnie

26 czerwca
Rafał dziś wyjeżdża do domu. Wstaję rano i gościa nie ma ale lukam wokół i bety są więc nie odjechał cichaczem. Przypominam sobie że zamówiłem mu śniadanie na siódmą. Więc pewnie poszedł kuszać. Dołączam do niego. Michał też wstaje, Rafał pakuje się na motór i wyrusza do Biszkeku.
Szkoda że tak krótko ale fajnie było lecieć razem.

My mamy w planie lajtową wycieczkę na Besh Tash. Planujemy ruszyć koło 9 i pobyczyć się nad bajorem całe popołudnie. Ruszamy do Toktogul, gdzie robimy zakupy i zaraz za miastem skręcamy na tracka. Ślad konsultowaliśmy z Samborem żeby czasem był przejezdny więc cytuję.
„jedno miejsce było trudne”
No to uspokojeni napieramy. Jest spokojnie i bardzo urokliwie.


Droga łatwa, piękna i zajebiście przyjemna. Wokół mnóstwo pasiek a w nozdrzach czuć morze kwiatów.
Pierwsze trudne miejsce to brodzik. Niezbyt głęboki ale woda wartka a zjazd i wyjazd strome. Postanawiamy nie lecieć na pałę tylko się przyasekurować. Jakoś idzie ale trochu się zmordowaliśmy.

No takie niby nic. Na foto w ogóle nie wygląda jakoś trudno i w sumie takie było.

Lecimy dalej a trasa pomału zmienia się z drogi w kozią ścieżkę a momentami nie wiadomo czy jesteśmy na szlaku. Tylko nitka na garminie wskazuje że jedziemy dobrze.



Po drodze mamy jeszcze 2 brody i te już nie są lajtowe. Głębokie, woda zapierdala tak że ścina z nóg. Mam ochotę się wycofać bo jesteśmy wyrypani solidnie ale dajemy radę. Pokonujemy kolejne brody, oczywiście nabieramy wody pełne buty więc morale nie są najlepsze , tym bardziej że zaczyna siąpić.
Kolejny bród jest bez brodu bo wody nie ma ale ten w sumie jest najtrudniejszy stromo w dół i w górę a potem podjazd po telewizorach. Gleby zaliczamy obaj. W końcu się jednak udaje i jesteśmy wyżej ale do szczytu przełęczy kilometr w górę i daleko. Jadę pierwszy i po paru minutach przystaję bo nie widzę Michała. Nasłuchuję ale cisza. Dobra poczekam jedną fajkę jak nie dojedzie to wracam. Nie zdążyłem wypalić. Michał dociera do mnie , znów była gleba. Jedziemy już totalną ścieżką dla zwierząt. Podjazd stromy, błotnisty ale z dala dostrzegam drogę wyrytą w ścianach. Jesteśmy w domu. Tak chciałem ale niestety nie. Pojawia się znikąd pasterz na koniu. Zaprasza na herbatę. Pada, w butach mokro, grec odmówić. Zostawiamy motocykle i idziemy te 100 metrów do jego bazy po błocie. Baza. Dużo powiedziane. Zadaszone plandeką coś co służy za pokój dzienny i miejsce do gotowania i druga dziupla do spania. Mieszka tu z żoną. Serwuje herbatę stale dolewając jak upijamy trochę a żona podaje podpłomyk z taką ostrą pastą z papryki. Smaczne ale sił nam wiele nie daje. Ustalamy co i jak, jak do drogi co na przełęczy i takie tam. Okazuje się że po drodze mamy 2 jęzory śniegu. Oczywiście z uśmiechem oświadcza że przelecimy bez problemu. No to próbujemy. Dolatujemy już do „normalnej” drogi na przełęcz. Może 300-400 metrów od obozowiska pasterza mamy pierwszy jęzor. Niezbyt długi.


Przelecieć się nie da. Jest bardzo grząski śnieg, moto tylko mieli w miejscu i tyle. Sprowadzić da się ale uznajemy że bezpieczniej będzie ruszyć z buta i zobaczyć ten drugi jęzor bo po chu się męczyć jak polegniemy na drugim. Jest jeszcze trzeci. Walimy z buta dobre kilkaset metrów pod górę. Drugi jęzor da się przejechać bokiem ale stroma ściana powoduje że lepiej się podasekurować ale przejedziemy. Trzeci już bardzo lajtowy i da się minąć bokiem.

Rozładowujemy motocykle i przepychamy się przez pierwszy jęzor. Jeden po drugim, schodzi nam z godzinę. Na podjeździe do kolejnego nie ma lekko bo są duże kamsztory i luźne łupki. Jest ciężko.
Mijamy drugi i trzeci jęzor. Jest nieźle. Dalsza droga jest jednak drogą przez mękę. Wielkie kamerdolce poprzeplatane luźnymi też dużymi. Nosz qva tragedia. Ale jakoś się udaje do ostatniej prostej na szczyt przełęczy. Tu jest dramat. Nie idzie tego pokonać bez pomocy. Walczymy jak lwy wzajemnie się asekurując i jakoś się udaje stanąć na szczycie przełęczy. Jesteśmy szczęśliwi. Na szczycie droga jest niezła i mamy zjazd więc zakładamy że będzie lajtowo. Błąd.
Zjeżdżamy z pierwszej agrafki, zakręt i prosta do kolejnej. Jak tylko skręciłem już widzę ogromny jęzor. Podjeżdżamy. Nosz qva tragedia. Jęzor ma za 150 metrów i zabrał całą drogę. Zwałowisko śniegu, kamieni i ziemi. Wypiętrzone na dobre 1,5-2 metry w górę. Nie ma szans tego pokonać w poprzek.
Rozglądam się i patrzę na szczyt przełęczy. Widzę że ten jęzor może i by się dało minąć od szczytu. Nawracamy oblukać bo tu nic nie wskóramy. Dojeżdżamy do szczytu a tam pierdolony pion. Nie zjadę po tym w dół. Za dużo wielkich kamerdolców a na tej stromiźnie mogę nie utrzymać śladu jak należy. Gleba i moto kukuryka się w dół dobry kawał a ja z nim. Ale mam plan. Sprowadzimy je jeden po drugim. Innych opcji nie znajdujemy więc zabieramy się za robotę. Najpierw jeden na próbę. Jakoś się udaje trochę we dwójkę sprowadzić ciut za połowę i stamtąd decyduję że już zjadę w dół żeby Michał nie musiał taki kawał podchodzić po pionie w górę. Już mamy zamglony wzrok, słabniemy z minuty na minutę, jest chooyowo. Nie mam siły i odcinać prąd zaczyna. Michałowi skończyła się woda a ja mam na rezerwie więc pijemy na zmianę po trochu z tego co zastało w camelbaku.
Zajmuje nam to w ciul czasu ale udaje się pokonać ten jęzor. Jest koło 19. Ruszyliśmy o 9 i od tej pory jedziemy bez posiłku. Nie liczę kawałka podpłomyka od chłopa.
Najgorsze jest podejście pod te zasraną górę. Sprowadzamy Michała i musimy odsapnąć ale czas goni bo słońca za godzinę spadnie a w nocy tu będzie nieciekawie, ponadto nie bardzo jest gdzie się rozbić.
Pewni tego że mamy już żużel za sobą ruszamy w dół ale długo to nie trwa. Nosz qva jego mać.
Znów jęzor.


Ten był na szczęście ostatni. Przepychamy motocykle bo tak łatwiej. Pojechać nie da rady a na biegu korzystając z napędu jeszcze gorzej bo się kopie i trzeba wyrywać motocykle ze śniegu. Tragedia.
Dalej droga jest już lajtowa. Zjeżdżamy w dół do rzeki a potem wzdłuż niej lecimy w kierunku Besh Tash. Do jeziora dojechać się nie da. Jest ukryte w kamerdolcach. Obok wypływającego z jeziora potoku biwakują jacyś ludzie. Mają ognisko. Michał proponuje żeby z niego skorzystać. Podjeżdżamy, zgadzają się żebyśmy zabiwakowali obok i wysuszyli buty przy ich ognisku. My jesteśmy tak wyrąbani że resztkami sił stawiamy namioty, gotujemy LYO, którego nie mam siły nawet zjeść więc dopychamy się półtoraszką browara, której nie jesteśmy w stanie nawet wypić. Do namiotu i spać. To był najcięższy dzień na tej wyrypie a chyba i w całym życiu nie miałem tak trudnej i wymagającej trasy usianej przeszkodami. Dobrze że udało się przebić bo byśmy tam zostali a nie było nawet szans na jakąś pomoc. Do najbliższego kunia daleko oj daleko.

Uwaga! Tradycyjnie będzie materiał wideo.
Emek jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
 

Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Postowania
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts

BB code is Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wł.

Skocz do forum


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:45.


Powered by vBulletin® Version 3.8.4
Copyright ©2000 - 2025, Jelsoft Enterprises Ltd.